Brenna ją usłyszała, ba, nawet odkrzyknęła – to dobrze. Pozwoliło to Victorii na odetchnięcie z ulgą, bo to znaczyło, ze gdziekolwiek Brenna ze swoim szczęściem wpadła – to nie było tak tragicznie i żyła, a nawet mogła jej odpowiedzieć. To ściągało trochę niepotrzebnego napięcia z barków i pozwalało na zogniskowanie się na dwójce leżących tutaj, spętanych mężczyzn.
– Accio różdżka! – Victoria nie zamierzała się bawić w kuszenie losu i przypadków. Wiadomo, więzy w końcu puszczą, ale przynajmniej będą bez różdżek – wiec się nigdzie nie teleportują, będą mogli co najwyżej biegać po lesie. Chyba, że potrafili rzucać zaklęcia bez niej, ale jakoś wątpiła. Dwie różdżki podleciały do niej, a Victoria złapała je zręcznie, mając teraz swoją i trzy zapasowe. Jak łamać różdżkę to teraz, tyle miała dodatkowych… Dopiero teraz Victoria odwróciła się w stronę szurającej po leśnej ściółce Brennie i zobaczyła w jakim jest stanie… Czyli złym. Liście i brud to był najmniejszy problem, najbardziej zmartwiła ją krew, która spływają jej po twarzy – i nawet nie ukryła tego przestrachu o Longbottomównę w pierwszym odruchu. W drugim – odetchnęła. – Chyba skręciłam kostkę – odpowiedziała jej. – Czekaj – nie była pewna, czy ma kajdanki… Ale miała torebkę. Otworzyła ją więc, trzy nadmiarowe różdżki wcisnęła niezgrabnie do środka i zaczęła przeglądać… Miała swoją odznakę aurora i były też kajdanki. Jedna para – bo też więcej raczej ze sobą nie nosiła, chyba, że spodziewano się aresztowania. – Też tylko jedne – bo te puchowe, które wyciągnęła z loterii goblina-oszusta, to już wcisnęła w najgłębszy kąt szafy. A jakby je teraz wyciągnęła, to koledzy z Biura by mieli używanie.
– Radzę wam zamilknąć, bo teraz to już wszystko może zostać wykorzystane przeciwko wam, panowie. A przyłapałyśmy was na gorącym uczynku – Victoria mówiła to bez satysfakcji, ale też bez innych uczuć, neutralnie.
– Ja ją chyba kojarzę… Te czarną – rzucił drugi, któremu Brenna jeszcze nie odjęła mowy.
– Wasz kolega też został obezwładniony, nie liczcie na jego pomoc – dodała jeszcze, zupełnie ignorując słowa spętanego na ziemi typa, po czym wcisnęła Brennie do rąk swoje kajdanki. – Zaraz będę – i teleportowała się, żeby sprowadzić wsparcie.
A to miał być taki przyjemny dzień…
I w gruncie rzeczy to był. W torebce miała przecież schowany włos młodego jednorożca.