Też bym nie miał nic przeciwko temu, żeby zamek w naszej kabinie się zablokował akurat, gdy nikogo nie byłoby w pobliżu, pomyślał, wpatrując się w Rudą, jak w obrazek. Ciężko było mu o niej nie myśleć po wydarzeniach na Beltane. Nie tylko przez skutki rytuału, o jakim rozpisywali się dziennikarze w gazetach, ale też po tym, jak został bezceremonialnie przez Rudą odprawiony z Polany Ognisk.
Był za słaby, aby ją skutecznie bronić. Miał tego pełną świadomość. Mógł co najwyżej trzymać się z tyłu i być w pogotowiu, gdyby akurat coś jej się stało. Gdyby wyskoczył przed szereg, próbując ją bronić pewnie tylko pogorszyłby sprawę. Gdyby mógł, to najchętniej zawarłby sojusz z jej matką, żeby wywieźć Heather gdzieś za granicę. Może do Francji lub Włoch? Ministerstwo Magii dalej nie podjęło zdecydowanych działań, więc dobrze by było zabrać Rudą, jak najdalej stąd. Ważne, że chociaż dziś będzie bezpieczna, zauważył trzeźwo, wyrywając się ze swych rozmyślań.
— To niesamowite, że p-prasa wie o nas więcej, niż my sami — żachnął się Cameron, czując na policzku wykwitający rumieniec. Słyszał o tym rankingu i nawet przeczytał fragment dotyczący Heather, jednak wolał się nie zastanawiać, co też ludzie o nich gadali. Z jednym gościem już się szarpał o Rudą. Nie chciał zrobić z tego nowej tradycji. — Chyba, że... Ty im coś zasugerowałaś? — Uniósł pytająco brew. — N-n-nie, żeby to było coś złego! Po p-prostu, ten tego tamtego ten, chyba powinnaś mi o tym powiedzieć? Żebym wiedział, co mówić reporterom, jak przyjdą do szpitala na przeszpiegi.
W tym przypadku jego dobór słów nie był przypadkowy. Według tego, co mówiły recepcjonistki, przez pogotowie przewinęło się kilku przedstawicieli mediów, którzy chcieli się dowiedzieć więcej na temat Beltane. I na temat Camerona, bo i jego zdjęcia trafiły do gazety, gdy razem z innymi medykami opiekował się rannymi czarodziejami i czarownicami. Poza tym Heather przebywała wtedy na oddziale. Lupin cieszył się, że nie spotkał się z nimi bezpośrednio, bo pewnie nie wiedziałby, co zrobić w takiej chwili. Iść do Florence? Do Heather? A może do obu?
— Prewettowie? — Zmrużył oczy, starając się wytężyć pamięć, jednak nie był w stanie połączyć nazwiska z jakąś profesją. Bywały rodziny, które dosyć łatwo było skojarzyć; siedzieli w jednym zakładzie pracy lub byli znani z badań w danej dziedzinie. Ale ród Prewettów? Może Cameron po prostu był za mało obeznany ze śmietanką towarzyską świata czarodziejów. — Zaraz! — Olśniło go. — A na tym balu u Brenny nie kręciła się jedna z nich? Chyba coś licytowała, kiedy walczyliśmy o twoją kieckę?
Uśmiechnął się lekko, z jednej strony dumny z tego, że skojarzył jakaś przypadkową kobietę z tym konkretnym nazwiskiem, a z drugiej niepewny, czy faktycznie miał rację. Okres balu charytatywnego był dosyć gorąco, jeśli chodziło o ich życie prywatne, toteż pewne szczegóły zdążyły się już zatrzeć w jego pamięci. Za to całkiem nieźle pamiętał akcję z bobrem i nocną popijawę z Heather w ogrodzie. A to znaczyło, że przysłowiowe gwoździe programu dalej tkwiły w jego głowie.
— T-tak przy ludziach? — spytał z bananem na twarzy, jednak i gdy i jemu podsunięto owoce morza pod nos, zzieleniał na twarzy. Nachylił się do Rudej, gdy upewnił się, że nikt ich nie usłyszy. — A moja mama mówiła, żebym wziął s-s-słoiki. Chciała mi wepchnąć rosół w walizkę na odchodne. Mądry czarodziej po szkodzie...
Widząc, że Wood się przełamała, Cameron z wahaniem sięgnął po swoją porcję i... pochłonął niezbędne minimum, co by było widać, że faktycznie spróbował. A potem sięgnął po kieliszek z wodą, chcąc pozbyć się przykrego smaku z ust. Myśl o mugolskim fastfoodzie, myśl o fastfoodzie, powtarzał sobie w myślach, gdy dostrzegł kelnera na horyzoncie. Ten od razu zauważył, że Lupin praktycznie nie tknął przystawki.
— Bardzo s-s-smaczne! — skomplementował Cameron, zanim kelner zdążył się odezwać. — N-n-niestety, nie mogę sobie pozwolić na więcej. Rozumie pan... Leki. — Spuścił nos na kwintę, licząc, że ten mały pokaz przekona pracownika Crouchów. — Mam nadzieję, że t-to nie p-problem?
Cameron stuknął się z Heather kieliszkiem z winem, a niedługo później na salę wjechał tort autorstwa Nory Figg. Tę panią już bardzo dobrze znał, więc nawet zaklaskał lekko na widok tych pyszności.
— Na pewno będzie bardzo dobre! — zapowiedział, co by podnieść swoją partnerkę na duchu po dosyć... ryzykownym rozpoczęciu obiadu. Gdy posiłek doszedł końca i goście zaczęli się zbierać na koncert, Cameron powstał z miejsca jako pierwszy, co by pomóc Heather wstać i wziąć ją pod ramię. — Wygląda na to, że mamy cały dzień zapełniony atrakcjami...