11.09.2023, 19:52 ✶
Co właściwie tu robiła? Cóż, odpowiedź na to pytanie była raczej dość oczywista, bo wystarczyło chwilę się przyjrzeć: stała za barem i rozlewała trunki, przyjmując jednocześnie zamówienia. Średnio to pasowało do kogoś, kto na co dzień biegał z magicznym patykiem i sprzątał bałagan po przestępcach różnej maści (tak, śmierciożercach też – tyle że tu w grę wchodziło jeszcze zacieranie śladów; tak po prawdzie, to oby oni wszyscy sczeźli, ale… jak wylądowała między wronami, to musiała krakać, jak one. Przynajmniej do czasu, kiedy znajdzie wyjście z matni) – nieprawdaż?
A jednak, była tu. Żaden z niej omam, żadne pobożne życzenie, żadna wizja – najprawdziwsza krew, kość i… złość. Na pracę? Hm, nie wyglądało, żeby bar podejrzanie opustoszał – a przecież raczej wątpliwe, że najlepsze nawet trunki w pełni by wystarczyły, gdyby obsługa odstraszała wszystkich na co najmniej kilometr, mniej lub bardziej dosłownie ziejąc ogniem, prawda? Bo co to za przyjemność, siedzieć z dyszącą nad karkiem smoczycą, która to najchętniej przegryzłaby kark?
- A nie widać? – sarknęła; mniej lub bardziej rozmyślnie pomijając to, co kryło się za zadanym pytaniem w znacznie szerszym ujęciu. Bo tak, nawet gumochłon by ogarnął, „co tu robiła”, ale zasadnicza kwestia to: jak doszło do tego, że wylądowała za barem, zwłaszcza że pracę przecież miała?
Bo miała, prawda? Nie wyleciała z Ministerstwa za to, że odpyskowała niewłaściwej osobie…? Bo w teorii tak też mogło być. Cóż, przynajmniej w całym tym pyskowaniu faktycznie nie obsiadła Stewarda jak losowa czarownica, zachwycając się jego bohaterstwem i dziwując się jego przemianą – zupełnie nietypową, jak na jakiegokolwiek znanego nieumarłego. Nie, na pierwszy rzut oka miała to totalnie w dupie.
Dlaczego?
I piwo, oczywiście że piwo – mniej więcej taki komentarz można było wyczytać w jej spojrzeniu, przez tę krótką chwilę, zanim odwróciła wzrok, żeby sięgnąć po odpowiedni kufel i zacząć napełniać go trunkiem. Choć – czy pozostawienie wyboru rudej było roztropnym posunięciem, skoro dawała odczuć, że jest, delikatnie rzecz ujmując, niezadowolona…? Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu.
- Ach tak. Nie wyglądało, żebyś pamiętał – stwierdziła sucho, stawiając przed Stewardem napełnione naczynie – niedelikatnie, jakby nie baczyła na to, że mogło pęknąć… i że w zasadzie mogła rozlać trunek, dokładając sobie poniekąd pracy. I a jakże, przecież dokładnie to się stało; nie sprawiała wrażenia, żeby miała odczuwać za to skruchę.
Ale Patrick mógł w zasadzie zauważyć jedno: nalane piwo należało do tych, po które sięgał najchętniej – ciemny lager. Zwykły przypadek? Chyba tak, nie wyglądała przecież na kogoś, kto byłby w nastroju podać coś, co idealnie wstrzeliwuje się w gust klienta, prędzej… prędzej należałoby podejrzewać ją o podanie mocno rozwodnionych szczyn czy czegoś podobnego. Bo tak, była zła – I to jeszcze zanim zaczęło się dziać.
A jednak, była tu. Żaden z niej omam, żadne pobożne życzenie, żadna wizja – najprawdziwsza krew, kość i… złość. Na pracę? Hm, nie wyglądało, żeby bar podejrzanie opustoszał – a przecież raczej wątpliwe, że najlepsze nawet trunki w pełni by wystarczyły, gdyby obsługa odstraszała wszystkich na co najmniej kilometr, mniej lub bardziej dosłownie ziejąc ogniem, prawda? Bo co to za przyjemność, siedzieć z dyszącą nad karkiem smoczycą, która to najchętniej przegryzłaby kark?
- A nie widać? – sarknęła; mniej lub bardziej rozmyślnie pomijając to, co kryło się za zadanym pytaniem w znacznie szerszym ujęciu. Bo tak, nawet gumochłon by ogarnął, „co tu robiła”, ale zasadnicza kwestia to: jak doszło do tego, że wylądowała za barem, zwłaszcza że pracę przecież miała?
Bo miała, prawda? Nie wyleciała z Ministerstwa za to, że odpyskowała niewłaściwej osobie…? Bo w teorii tak też mogło być. Cóż, przynajmniej w całym tym pyskowaniu faktycznie nie obsiadła Stewarda jak losowa czarownica, zachwycając się jego bohaterstwem i dziwując się jego przemianą – zupełnie nietypową, jak na jakiegokolwiek znanego nieumarłego. Nie, na pierwszy rzut oka miała to totalnie w dupie.
Dlaczego?
I piwo, oczywiście że piwo – mniej więcej taki komentarz można było wyczytać w jej spojrzeniu, przez tę krótką chwilę, zanim odwróciła wzrok, żeby sięgnąć po odpowiedni kufel i zacząć napełniać go trunkiem. Choć – czy pozostawienie wyboru rudej było roztropnym posunięciem, skoro dawała odczuć, że jest, delikatnie rzecz ujmując, niezadowolona…? Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu.
- Ach tak. Nie wyglądało, żebyś pamiętał – stwierdziła sucho, stawiając przed Stewardem napełnione naczynie – niedelikatnie, jakby nie baczyła na to, że mogło pęknąć… i że w zasadzie mogła rozlać trunek, dokładając sobie poniekąd pracy. I a jakże, przecież dokładnie to się stało; nie sprawiała wrażenia, żeby miała odczuwać za to skruchę.
Ale Patrick mógł w zasadzie zauważyć jedno: nalane piwo należało do tych, po które sięgał najchętniej – ciemny lager. Zwykły przypadek? Chyba tak, nie wyglądała przecież na kogoś, kto byłby w nastroju podać coś, co idealnie wstrzeliwuje się w gust klienta, prędzej… prędzej należałoby podejrzewać ją o podanie mocno rozwodnionych szczyn czy czegoś podobnego. Bo tak, była zła – I to jeszcze zanim zaczęło się dziać.