08.11.2022, 03:33 ✶
Jeśli Elaine była zaskoczona otrzymaniem zaproszenia, to tym bardziej był on, kiedy poprosiła go o przysługę, by tym razem to on jej towarzyszył. Zwyczajnie nie sądził by tak prędko nadarzyła się okazja, by odbiła piłeczkę. Jakkolwiek jednak mogło jej się wydawać, że w tym wszystkim chodziło tylko o potrzebę zachowywania się jak normalna para, Bulstrode czerpał z całej tej sytuacji swoistą satysfakcję. Za każdym razem gdy mógł ją ze sobą pokazać, czuł słodki posmak tego samego zadowolenia, gdy pojawiło się kiedy z nią wygrał.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział jej, przybierając grzeczny, wyuczony uśmieszek, w którym jednak kryła się satysfakcja. To, co ją zdawało się co i rusz uwierać w ich związku, jego tylko upewniało w przeświadczeniu, że była to jedna z lepszych decyzji jego życia. - Koniec? - zacmokał z rozczarowaniem. - Łamiesz moje serce. Chociaż... czy powinienem przez to rozumieć, że wracamy do grania o swoje towarzystwo lub jego brak?
On sam nie miał nic przeciwko. Towarzystwo Seraphiny, która chętnie i często się z nim zakładała i siadała do gry, wypaczyło w znaczący sposób to, jak podchodził do innych ludzi i relacji z nimi. Trochę przez to żałował, że rodzeństwo Yaxley nie woleli spędzić tego cudownego święta chociażby w kasynie panny Prewett, która z tego co wiedział, była na imprezę zaproszona. Polowanie bowiem, nawet jeśli samo w sobie jak najbardziej będące ekscytującą i ciekawą czynnością, przynajmniej dla większości ludzi, jemu wydawało się nieco mdłe. Jeśli chciał za kimś pobiegać, to wystarczyło żeby zgarnął z biurka pierwszą lepszą sprawę i teleportował się do wskazanego miejsca, by rzucać się zaklęciami z czarnoksiężnikami. Jego skromnym zdaniem to dopiero była zabawa, do której nie umywało się gonienie za zwierzyną, którą kierował zaledwie instynkt. Ale cóż... niektórzy lubowali się w prostych i łatwych rozrywkach.
Czując, jak Elaine wspiera się mocniej na jego ramieniu, mimowolnie nakrył jej dłoń swoją własną. Jakby chcąc upewnić się, że faktycznie go nie puści i nie omdleje. Był to odruch, niewymuszony gest, który zaraz skorygował, rozluźniając dłoń i wkładając ją do kieszeni bryczesów, które założył chyba tylko po to, żeby stwarzać pozory. Wpuszczone w oficerki, miały ciemnobrązowy kolor stanowił bazowy kolor również dla marynarki, którą przecinała ceglana krata.
- Wiesz, jak bardzo lubię z tobą pogrywać, ale niestety, nie tym razem - odpowiedział jej, dopasowując ton głosu do jej własnego, jednak nie patrząc na nią. Spojrzenie utkwione miał w Seraphinie, która faktycznie prezentowała się tak, że zapierało dech w piersiach. Nie zwlekając dłużej, pociągnął Elaine właśnie w stronę kuzynki i wszystkich innych zgromadzonych wokół osób. Taksował ich przez moment spojrzeniem, które na chwilę dłużej zatrzymał na Eden.
- Seraphino, wyglądasz wręcz nie z tej ziemi - oznajmił, zatrzymując się przy grupce, uśmiechając się do panny Prewett zaczepnie. Nie musiał nawet pytać, żeby wiedzieć że jej dzisiejsza kreacja jest najprawdopodobniej wynikiem przegranego zakładu. Może i bywała ekscentryczna, przynajmniej zdaniem niektórych, ale przecież nie aż tak.
- Ależ, gdzież moje maniery. Mimo, że z niektórymi z państwa się znam, pozwolę sobie reszcie przedstawić zarówno siebie, jak i swoją towarzyszkę. Atreus Bulstrode, a to moja urocza narzeczona, Elaine Delacour - wyuczony uśmiech wykwitł na jego wargach, gdy wystudiowanym gestem znowu nakrył jej dłoń, na moment też zaglądając w jej ciemne oczy, jakby wyraźnie z siebie zadowolony.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział jej, przybierając grzeczny, wyuczony uśmieszek, w którym jednak kryła się satysfakcja. To, co ją zdawało się co i rusz uwierać w ich związku, jego tylko upewniało w przeświadczeniu, że była to jedna z lepszych decyzji jego życia. - Koniec? - zacmokał z rozczarowaniem. - Łamiesz moje serce. Chociaż... czy powinienem przez to rozumieć, że wracamy do grania o swoje towarzystwo lub jego brak?
On sam nie miał nic przeciwko. Towarzystwo Seraphiny, która chętnie i często się z nim zakładała i siadała do gry, wypaczyło w znaczący sposób to, jak podchodził do innych ludzi i relacji z nimi. Trochę przez to żałował, że rodzeństwo Yaxley nie woleli spędzić tego cudownego święta chociażby w kasynie panny Prewett, która z tego co wiedział, była na imprezę zaproszona. Polowanie bowiem, nawet jeśli samo w sobie jak najbardziej będące ekscytującą i ciekawą czynnością, przynajmniej dla większości ludzi, jemu wydawało się nieco mdłe. Jeśli chciał za kimś pobiegać, to wystarczyło żeby zgarnął z biurka pierwszą lepszą sprawę i teleportował się do wskazanego miejsca, by rzucać się zaklęciami z czarnoksiężnikami. Jego skromnym zdaniem to dopiero była zabawa, do której nie umywało się gonienie za zwierzyną, którą kierował zaledwie instynkt. Ale cóż... niektórzy lubowali się w prostych i łatwych rozrywkach.
Czując, jak Elaine wspiera się mocniej na jego ramieniu, mimowolnie nakrył jej dłoń swoją własną. Jakby chcąc upewnić się, że faktycznie go nie puści i nie omdleje. Był to odruch, niewymuszony gest, który zaraz skorygował, rozluźniając dłoń i wkładając ją do kieszeni bryczesów, które założył chyba tylko po to, żeby stwarzać pozory. Wpuszczone w oficerki, miały ciemnobrązowy kolor stanowił bazowy kolor również dla marynarki, którą przecinała ceglana krata.
- Wiesz, jak bardzo lubię z tobą pogrywać, ale niestety, nie tym razem - odpowiedział jej, dopasowując ton głosu do jej własnego, jednak nie patrząc na nią. Spojrzenie utkwione miał w Seraphinie, która faktycznie prezentowała się tak, że zapierało dech w piersiach. Nie zwlekając dłużej, pociągnął Elaine właśnie w stronę kuzynki i wszystkich innych zgromadzonych wokół osób. Taksował ich przez moment spojrzeniem, które na chwilę dłużej zatrzymał na Eden.
- Seraphino, wyglądasz wręcz nie z tej ziemi - oznajmił, zatrzymując się przy grupce, uśmiechając się do panny Prewett zaczepnie. Nie musiał nawet pytać, żeby wiedzieć że jej dzisiejsza kreacja jest najprawdopodobniej wynikiem przegranego zakładu. Może i bywała ekscentryczna, przynajmniej zdaniem niektórych, ale przecież nie aż tak.
- Ależ, gdzież moje maniery. Mimo, że z niektórymi z państwa się znam, pozwolę sobie reszcie przedstawić zarówno siebie, jak i swoją towarzyszkę. Atreus Bulstrode, a to moja urocza narzeczona, Elaine Delacour - wyuczony uśmiech wykwitł na jego wargach, gdy wystudiowanym gestem znowu nakrył jej dłoń, na moment też zaglądając w jej ciemne oczy, jakby wyraźnie z siebie zadowolony.