09.09.2023, 22:41 ✶
Ich rodzina była wielka i wpływowa, obrzydliwie bogata. Jeśli ktoś chciał być na językach, trzymał się z Prewettami. Kasyna i wyścigi prosperowały doskonale, podobnie jak hodowla ich wyjątkowych Abraksanów, których cena była tak zaporowa przez to, że tak naprawdę nie chcieli ich sprzedawać. Dodatkowo przy umowie widniał kruczek o zakazie rozmnażania. I była w tym wszystkim Pandora, biała owca ich rodziny, która zupełnie nie przykładała uwagi do dóbr materialnych i nie korzystała z rodzinnej fortuny, zarabiając na siebie sama. Była niezależna i silna, miała oczywiście fundusz powierniczy od ojca i olbrzymi posag, jak pierworodną przystało, ale wszystko to leżało nietknięte, powiększając się systematycznie o kolejne wpłaty. Wolała rozdawać pieniądze, niż jej brać. Słowa, gazety, artykuły — nie miały dla niej żadnego znaczenia. Czasem zapominała, jak wiele zacnych osobowości znali jej rodzice. Przejście na ty z Philipem było w gruncie rzeczy bardzo wygodne, całe to Paniowanie i Panowanie ją irytowało, chociaż wymagała tego etykieta. Jej matka kochała robić doskonałe wrażenie. Nott wydawał się łasy na atencję, ale nie wyglądał jej na człowieka złego, jedynie może rozpieszczonego przez życie i fanki.
Uśmiechnęła się na jego słowa, bardzo delikatnie przytakując, chociaż w głębi duszy, to przeklinała ten cholerny statek. Robiła jednak dobrą minę do złej gry, w końcu była tu dlatego, że Tata prosił. A on naprawdę rzadko prosił Pandorę o przysługi tego typu.
Jej brat był niewinnym aniołkiem, rozkosznym cukierkiem. Miała absolutną obsesję na jego punkcie i zrobiłaby wszystko, aby go chronić. Z początku wprowadził do ich rodziny zamieszanie, ale ostatecznie nie było Laurenta winą, że ojciec nie mógł powstrzymać swoich zapędów. Zawsze chciała mieć rodzeństwo, więc prześliczny młodszy brat był spełnieniem jej marzeń, bo przecież matka nie mogła mieć więcej dzieci. Wiedziała, że widok Lauriego sprawiał jej ból i czasem była z tego powodu kąśliwa, bo Edwarda bardzo kochała, ale nigdy nie chciałaby dla chłopaka źle, nie pozwoliłaby go skrzywdzić. Pandora by nie pozwoliła, gotowa pożreć się z matką i zostać wydziedziczona, byle młody Prewett miał życie i pozycje, na jaką zasługiwał. Był krwią z krwi, nawet jeśli z innej matki. Ona nie była typem zazdrośnicy.
- Wiem, brylujesz w towarzystwie. - nie dodała głośno, że doskonale ją uzupełnia, bo ona przecież brała udział w takich wydarzeniach na siłę. Wolała biegać nocą po hyde parku, pomagać ludziom, wykonywać zlecenia i po prostu żyć, niż nosić drogie kiecki i diamentową biżuterię, aby przypodobać się przedstawicielom wyższych sfer. Na Laurenta Prewetta zresztą doskonale się spoglądało, gdy ten charyzmą i delikatnością owijał sobie dookoła palca kolejnych ludzi. Miał tyle uroku, co mały króliczek. Dla niej byli równi, więc skoro ona była tu oficjalnie, on również.
- Byłoby cudownie Laurie. - oznajmiła mu pogodnie, wciąż lustrując go podekscytowanym spojrzeniem. Mógłby jej umilić podróż, przecież ona nienawidziła wody. Poza tym, że się znali i być może kiedyś mieli okazję dłużej porozmawiać, nie dostrzegała między nimi niczego, co mogłoby ją zaniepokoić.
Widocznie u Prewettów miłość do magicznych stworzeń była dziedziczona, podobnie jak czystość krwi i galeony. Psidwaki całkiem kupiły jej uwagę, nie mogła przestać ich głaskać, drapać i czasem coś im szepnęła, bo przecież rozmowa z futrzakami była bardzo ważna.
- Gdybyś potrzebował czasu i swobody, chętnie się nimi zajmę, jeśli wciąż będę na Rejsie. Nie jestem pewna, czy zostanę pełny okres jego trwania, mam trochę obowiązków. - zaproponowała i wyjaśniła jednocześnie Philipowi, spoglądając na niego chwilę, jednak zaraz jej oczy uciekły w poszukiwaniach brata. Ah to opiekuńcze, siostrzane spojrzenie. Psiakom chyba drapanie się podobało, bo nie wychodziły jej spod rąk. - Rozumiem, przyjaciółmi. Dobrze, możemy tak zrobić.
Powtórzyła jeszcze, podnosząc się i wygładzając sukienkę, a potem już słuchała przemowy, pomijając swojego szampana. Na boki starała się nie patrzeć, jedynie na organizatorów i Lauriego. Potem na chwilę zniknęła w kajucie, przeczesała włosy, dodała sobie otuchy kapką eliksiru pobudzającego i nałożyła szminkę, aby wrócić do jadalni. Podobnie, jak brat, nie mogła znieść patrzących na nią z talerza owoców morza. Czemu zostawiali im oczy? Zajęła miejsce, uważając na suknie, witając się przy okazji z kilkoma osobami i nałożyła na talerz warzywa, a także pieczonego ziemniaka — na szczęście były tu opcje dla wegetarian.
- Nie wiem, co ja tam robię Laurent. - wyznała mu szczerze, nachylając się nieco w jego kierunku, używając konspiracyjnego szeptu. Przysunęła potem sobie kieliszek szampana, robiąc przeciągłego łyka. - Czemu nie jesz? - zapytała z troską, zerkając mimowolnie w jego talerz. Musiała go pilnować. - Mam aparat, możemy zrobić sobie zdjęcie. Musimy braciszku, na moją ścianę. Oczywiście Philipie też możesz dołączyć, jeśli masz chęć.
Zaproponowała, a potem spojrzała na swój talerz, przekrawając ziemniaka i zjadając kawałek. Miała nadzieję, że na deser będzie trochę owoców. Bo co to za oficjalne przyjęcie, rejs czy jakkolwiek to nazwać, bez dobrego deseru? Westchnęła, czując, jak ten cholerny statek się zakołysał i upiła kolejny łyk z kieliszka. Będzie potrzebowała dużo, dużo szamapana. I Lauriego. I być może psidwaków. I czemu nie było tu Akane? Ona przecież miała takich bogatych chłopców. Tort przygotowany przez Norę kupił jej uwagę na trochę, bo nie miała pojęcia, jaki smak mógłby mieć dla niej — a wiedziała, że tego typu słowa o magicznych potrawach i wypiekach należało traktować bardzo poważnie. Czym smakowało lato? Kontemplowała nad tym chwilę pomiędzy grzebaniem w ziemniaku, popijaniem szampana, pilnowaniem brata i chęcią zrobienia sobie zdjęcia. - A zdjęcie?
Zapytała za bratem, wzdychając ciężko i wywracając oczami. Ciężej będzie go pilnować z odległości. Odwróciła jednak głowę do Philipa. - Smakował Ci obiad? - zapytała kulturalnie, chcąc podtrzymać też rozmowę. Nie znała go na tyle, aby wiedzieć, o czym mogła i w jaki sposób mogła z nim rozmawiać. Wydawał się pomimo przejścia na "Ty", człowiekiem dość formalnym. Zarówno ona, jak i brat byli chaosem, tyle że Panda musiała trzymać się układu, jeśli nie chciała skończyć za chwilkę w białej sukni u boku jakiegoś polityka czy innego człowieka, którego nigdy nie wybrałaby sobie sama. Zresztą, ojciec najchętniej schowałby ją i Lauriego w wieży, a nie szukał im partnerów w przeciwieństwie do Ayday,
Uśmiechnęła się na jego słowa, bardzo delikatnie przytakując, chociaż w głębi duszy, to przeklinała ten cholerny statek. Robiła jednak dobrą minę do złej gry, w końcu była tu dlatego, że Tata prosił. A on naprawdę rzadko prosił Pandorę o przysługi tego typu.
Jej brat był niewinnym aniołkiem, rozkosznym cukierkiem. Miała absolutną obsesję na jego punkcie i zrobiłaby wszystko, aby go chronić. Z początku wprowadził do ich rodziny zamieszanie, ale ostatecznie nie było Laurenta winą, że ojciec nie mógł powstrzymać swoich zapędów. Zawsze chciała mieć rodzeństwo, więc prześliczny młodszy brat był spełnieniem jej marzeń, bo przecież matka nie mogła mieć więcej dzieci. Wiedziała, że widok Lauriego sprawiał jej ból i czasem była z tego powodu kąśliwa, bo Edwarda bardzo kochała, ale nigdy nie chciałaby dla chłopaka źle, nie pozwoliłaby go skrzywdzić. Pandora by nie pozwoliła, gotowa pożreć się z matką i zostać wydziedziczona, byle młody Prewett miał życie i pozycje, na jaką zasługiwał. Był krwią z krwi, nawet jeśli z innej matki. Ona nie była typem zazdrośnicy.
- Wiem, brylujesz w towarzystwie. - nie dodała głośno, że doskonale ją uzupełnia, bo ona przecież brała udział w takich wydarzeniach na siłę. Wolała biegać nocą po hyde parku, pomagać ludziom, wykonywać zlecenia i po prostu żyć, niż nosić drogie kiecki i diamentową biżuterię, aby przypodobać się przedstawicielom wyższych sfer. Na Laurenta Prewetta zresztą doskonale się spoglądało, gdy ten charyzmą i delikatnością owijał sobie dookoła palca kolejnych ludzi. Miał tyle uroku, co mały króliczek. Dla niej byli równi, więc skoro ona była tu oficjalnie, on również.
- Byłoby cudownie Laurie. - oznajmiła mu pogodnie, wciąż lustrując go podekscytowanym spojrzeniem. Mógłby jej umilić podróż, przecież ona nienawidziła wody. Poza tym, że się znali i być może kiedyś mieli okazję dłużej porozmawiać, nie dostrzegała między nimi niczego, co mogłoby ją zaniepokoić.
Widocznie u Prewettów miłość do magicznych stworzeń była dziedziczona, podobnie jak czystość krwi i galeony. Psidwaki całkiem kupiły jej uwagę, nie mogła przestać ich głaskać, drapać i czasem coś im szepnęła, bo przecież rozmowa z futrzakami była bardzo ważna.
- Gdybyś potrzebował czasu i swobody, chętnie się nimi zajmę, jeśli wciąż będę na Rejsie. Nie jestem pewna, czy zostanę pełny okres jego trwania, mam trochę obowiązków. - zaproponowała i wyjaśniła jednocześnie Philipowi, spoglądając na niego chwilę, jednak zaraz jej oczy uciekły w poszukiwaniach brata. Ah to opiekuńcze, siostrzane spojrzenie. Psiakom chyba drapanie się podobało, bo nie wychodziły jej spod rąk. - Rozumiem, przyjaciółmi. Dobrze, możemy tak zrobić.
Powtórzyła jeszcze, podnosząc się i wygładzając sukienkę, a potem już słuchała przemowy, pomijając swojego szampana. Na boki starała się nie patrzeć, jedynie na organizatorów i Lauriego. Potem na chwilę zniknęła w kajucie, przeczesała włosy, dodała sobie otuchy kapką eliksiru pobudzającego i nałożyła szminkę, aby wrócić do jadalni. Podobnie, jak brat, nie mogła znieść patrzących na nią z talerza owoców morza. Czemu zostawiali im oczy? Zajęła miejsce, uważając na suknie, witając się przy okazji z kilkoma osobami i nałożyła na talerz warzywa, a także pieczonego ziemniaka — na szczęście były tu opcje dla wegetarian.
- Nie wiem, co ja tam robię Laurent. - wyznała mu szczerze, nachylając się nieco w jego kierunku, używając konspiracyjnego szeptu. Przysunęła potem sobie kieliszek szampana, robiąc przeciągłego łyka. - Czemu nie jesz? - zapytała z troską, zerkając mimowolnie w jego talerz. Musiała go pilnować. - Mam aparat, możemy zrobić sobie zdjęcie. Musimy braciszku, na moją ścianę. Oczywiście Philipie też możesz dołączyć, jeśli masz chęć.
Zaproponowała, a potem spojrzała na swój talerz, przekrawając ziemniaka i zjadając kawałek. Miała nadzieję, że na deser będzie trochę owoców. Bo co to za oficjalne przyjęcie, rejs czy jakkolwiek to nazwać, bez dobrego deseru? Westchnęła, czując, jak ten cholerny statek się zakołysał i upiła kolejny łyk z kieliszka. Będzie potrzebowała dużo, dużo szamapana. I Lauriego. I być może psidwaków. I czemu nie było tu Akane? Ona przecież miała takich bogatych chłopców. Tort przygotowany przez Norę kupił jej uwagę na trochę, bo nie miała pojęcia, jaki smak mógłby mieć dla niej — a wiedziała, że tego typu słowa o magicznych potrawach i wypiekach należało traktować bardzo poważnie. Czym smakowało lato? Kontemplowała nad tym chwilę pomiędzy grzebaniem w ziemniaku, popijaniem szampana, pilnowaniem brata i chęcią zrobienia sobie zdjęcia. - A zdjęcie?
Zapytała za bratem, wzdychając ciężko i wywracając oczami. Ciężej będzie go pilnować z odległości. Odwróciła jednak głowę do Philipa. - Smakował Ci obiad? - zapytała kulturalnie, chcąc podtrzymać też rozmowę. Nie znała go na tyle, aby wiedzieć, o czym mogła i w jaki sposób mogła z nim rozmawiać. Wydawał się pomimo przejścia na "Ty", człowiekiem dość formalnym. Zarówno ona, jak i brat byli chaosem, tyle że Panda musiała trzymać się układu, jeśli nie chciała skończyć za chwilkę w białej sukni u boku jakiegoś polityka czy innego człowieka, którego nigdy nie wybrałaby sobie sama. Zresztą, ojciec najchętniej schowałby ją i Lauriego w wieży, a nie szukał im partnerów w przeciwieństwie do Ayday,