Jej Patronus był za słaby, albo na widma potrzeba było czegoś innego – w pierwszej chwili tego nie wiedziała. Za chwilę jednak dołączyły do niego dwa dużo jaśniejsze, wąż oraz wilk, a widma, które otoczyły Laurenta rozpierzchły się. Tak po prostu. Nie było już rozpaczy i smutku, nie było tego ciągłego poczucia obserwowania. Victoria naprawdę nie wiedziała na ile jej teoria była prawdziwa, ale tak bardzo kojarzyło jej się to z uczuciem, jakie panowało podczas wędrówki przez las w Limbo.
Nie zatrzymała się, kiedy jej nie w pełni zmaterializowany kot wyleciał z jej różdżki, i teraz, gdy wiem już nie było, dobiegła do Laurenta.
- Nic ci nie zrobiły? – zatrzymała się koło niego i w pierwszej chwili przyjrzała się jemu, na moment zapominając, że ma być na niego zła. Ale tylko na moment. Bo zobaczyła go bez płaszczyka i to zaraz wróciło. To jego zajebiście lekkomyślne zachowanie. - Czyś ty się uderzył w głowę przy lądowaniu? – zapytała ostro, zakładając ręce na biodra. - Co ci strzeliło, żeby dawać im swój płaszcz? – Victoria rzadko się denerwowała i jeszcze rzadziej to okazywała. Teraz zaś patrzyła szeroko otwartymi oczami wprost w oczy półselkie, gotowa wygrać pojedynek na spojrzenia. - Wracasz po dobroci, czy mam cię zatargać do reszty siłą? – a wkurwioną kobietę nie powstrzymałby nawet abraksan ani jarczuk.