Dora przez moment patrzyła na Ururu z troską. Martwiła się o niego, bo czemu miałaby nie, ale on wyraźnie nie chciał od niej nadmiernej pomocy, a ona nie zamierzała go do tego zmuszać. Bo jakżeby to wyglądało, żeby młoda dziewczyna biła się na środku lasu z dorosłym mężczyzną, żeby udzielić mu pomocy? Westchnęła, wyraźnie zmartwiona, pokiwawszy tylko głową na znak, że niech mu będzie.
- Ja... nie jestem zbyt dobra w zaklęciach translokacyjnych... - wyznała wyraźnie zażenowana tym faktem, przy czym jak na zawołanie na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec wstydu. Jakby chcąc potwierdzić swoje słowa, uniosła ręce, chcąc rzucić odpowiednie zaklęcie. Kłoda drgnęła, ale niemrawo i o wiele marniej niż przy wysiłkach Marqueza. Zatrząsła się też wreszcie gwałtowniej i runęła ponownie na swoje miejsce, a Dora sapnęła na to z rozczarowaniem. Była też dziewczyną raczej kruchą, której budowa ciała absolutnie nie sugerowała, że była w stanie coś tutaj zdziałać za pomocą mięśni. Była bezużyteczna i zapiekło ją to nieco.
- Musimy je ominąć, ale wystarczy że pójdziemy dalej drogą, na której leżą. Nie zgubimy się i szybciej dotrzemy do polany gdzie zebrali się ochotnicy do pomocy. Będziemy wtedy mogli wskazać im odpowiednie miejsce, dobrze? - uśmiechnęła się do niego słabo, w gruncie rzeczy to czekając aż sam ruszy dalej, chcąc do niego dostosować swoje tempo i z uporem maniaka w razie czego wesprzeć go ramieniem.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.