— Wszyscy nie mogą być szczęśliwi przy tak szeroko zakrojonych zmianach. Któraś grupa społeczna będzie musiała schować dumę do kieszeni — mruknął, dalej popijając wino. Westchnął cicho, pozwalając, aby przyjemne ciepło trunku rozpłynęło się po jego ciele. Czy za bardzo popuścił wodze wyobraźni? Czy był zbyt kontrowersyjny? Była na to szansa, jednak trudno było o bardziej kameralne miejsce na wygłoszenie podobnych przemyśleń na głos. Bądź co bądź, był w swojej własnej sypialni. Swoim sanktuarium. — To samo tyczy się praktycznie każdej dziedziny życia. Jeśli społeczeństwo ma ewoluować, a nie stać w miejscu w imię obrony dotychczasowych tradycji, to trzeba je zaciągnąć na metę, nawet jeśli niektórzy będą przy tym wierzgać i płakać.
Uśmiechnął się niewesoło pod nosem. Każda poważna zmiana niosła za sobą kontrowersje i ryzyko, że nie wszyscy zaakceptują, to, że dotychczasowy stan rzeczy ulega przekształceniu. Czy kiedy przed wiekami magia transmutacyjna weszła do codziennego użytku, czarodzieje i czarownice bali się korzystać z wyczarowanych dóbr, twierdząc, że są nienaturalne i na pewno nie tak dobre, jak oryginalne lub stworzone samodzielnie? Niektórzy pewnie z zachwytem powitali te unowocześnienia, podczas gdy inni trzymali się z dala. A gdzie magia z dziedziny transmutacji była teraz? No właśnie. Świat ruszył do przodu, a obawy dotyczące dawnych uprzedzeń pozostały co najwyżej w podręcznikach do historii.
— Cóż, ja nie mam tego komfortu — przyznał, krzywiąc się lekko. — Chociaż może to kwestia tego, że brygadziści i aurorzy są wręcz... zanurzeni w magii. Tak naprawdę zwykłe zlecenia związane z „ludzkimi” problemami to dosyć mały odsetek. Klątwy, opętania, łamanie ustawy o tajności, magiczne stworzenia, przestępcy... No i czarnoksiężnicy! — Wyrzucił ręce w powietrze w dramatycznym geście. — Nie da się przeżyć dyżuru w biurze bez jakiejś magicznej sprawy. Tam by sobie raczej zbyt dobrze nie poradzili.
Za dużo aktywnego wykorzystania magii. To tak jakby wprowadzić dziecko do arsenału z bronią, ale jeszcze przedstawić mu całą listę zasad i dokumentów, które widzi po raz pierwszy, a których kompletnie nie rozumie. Wprowadzenie do tego świata, chociażby jednego charłaka byłoby nie lada wysiłkiem. I nawet tak zmotywowani ludzie, jak Longbottomowie mogliby nie podołać temu zadaniu.
— Wydaje mi się, że całkowity zanik umiejętności w danym rodzie byłby dosyć mało prawdopodobny. Dlatego mamy w społeczności czarodziejów i czarownice mugolskiego pochodzenia, czyż nie? — Uniósł brew, jakby czekając na potwierdzenie ze strony blondyna. — Może nastąpić kilku-pokoleniowa przerwa, ale magia zawsze znajdzie drogę. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Badania, badania, badania... Co one by właściwie dały? Czy byłyby bezstronne? W tak kluczowych kwestiach ciężko by było o zaufanie. Każdy mógł być jakoś uprzedzony. I każdy z potencjalnych badaczy momentalnie znalazłby się pod ogniem pytań i oskarżeń ze strony mediów, a może nawet i polityków. Erik wątpił, czy nawet Bagshotowie, tak znani ze swojego dorobku byliby w stanie odeprzeć podobne zarzuty. Skrzywił się na samą myśl o takim scenariuszy. To miał być przyjemny wieczór, a jak zwykle niewinna rozmowa przeradzała się w omawianie kwestii wielkich i wielowarstwowych. I to chyba to tak lubił w Elliocie.
— Klękam jedynie podczas modłów na sabatach — mruknął niezrażony, wbijając rozgorączkowane spojrzenie w szachownicę. Z tego wszystkiego nie wiedział już, na czym stoi. Czym się ruszyć? Czy w ogóle była szansa na to, aby wyjść z tego starcia obronną ręką? Uniósł wzrok na Malfoya. — Sprawiasz, że zaczynam się denerwować. Chociaż to równie dobrze może być wino. Albo stres po tym, jak moja własna siostra wystawiła mnie na sprzedaż.
Odsunął się od szachownicy, zapewniając sobie chwilę tak cennego czasu, co by przemyśleć kolejny ruch. Zamiast jednak poświęcić całą swą uwagę tej kwestii, ponownie zajął się osobą blondyna. Przekrzywił lekko głowę w bok. Wpatrując się w niego z nadzieją.
— Ty byś mi czegoś takiego nie zrobił. Bez wcześniejszego wyrażenia zgody z mojej strony i tak dalej, prawda? — Nachylił się nad stolikiem. — Ja bym ci czegoś takiego nie zrobił.
Dłoń Erika zatrzymała się nad jedną z pomniejszych figur, przesuwając ją powoli na kluczowe miejsce. Pytanie tylko, czy miał to byś ostateczny zwiastun jego porażki na tym miniaturowym polu bitwy, czy też zapowiedź finalnego zwycięstwa?
Sukces!
Wypity alkohol i zmęczenie przyjęciem dawało się we znaki nawet im; zadecydowanie o kolejnych ruchach figur zajmowało im coraz dłużej. W przypływie geniuszu Longbottom zaproponował, aby przenieśli się z szachownicą na łóżko. Fotele stawały się coraz bardziej niewygodne, a komfort koców i poduszek być może pozwoli im na wykrzesanie z siebie resztek sił i dokończenie rozgrywki! Och, jak złudne to były nadzieje.
Wystarczyło parę minut, a oboje kompletnie odpłynęli, pozostawiając grę nieroztrzygniętą. Przed nastaniem poranka Erik tylko raz wyrwał się z objęć boga snów; był to moment, w którym Brenna niespodziewanie wleciała do jego pokoju, jednak szczegóły ich szybkiej wymiany zdań rozmyły się pośród wspomnień Longbottoma. Gdyby nie to, że z rana to właśnie Brenna pomogła mu zamówić transport dla Elliota do Londynu, być może uznałby nawet, że jej niespodziewane odwiedziny były jedynie snem...
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞