To w żadnej mierze nie był prosty temat dla Victorii. Mieszała jej się powinność, zmartwienie, uczucia i to co w ogóle chciała w jedno, co tworzyło mieszankę kompletnie wybuchową. Jeszcze ten cholerny rytuał… też mieszał w jej uczuciach, choć z początku tego nie zauważyła – zmiana była gwałtowna, ale myślała że ma to związek z jej otarciem się o śmierć. Że… nie ma nic do stracenia, jedno było życie, może trzeba było przestać się oszukiwać… ale jednak okazało się to być fałszywe.
Ale czy na pewno? Znaleźli sposób by się o tym przekonać. Trzeba było tylko udać się do klątwołamacza i trzymać kciuki, żeby jednak to było właściwe rozwiązanie. Chociaż wtedy… nie będzie tyłu wymówek by ciągle się oszukiwać, że to tylko ułuda, uczucia wszczepione przez kogoś… coś. A w głębi serca Victoria wiedziała że do końca to… wcale tak nie jest. Ale do ślubu to się wcale nie spieszyła i tak.
Co jednak Victoria przyznawała bez oporu to to, że sto razy bardziej wolała Rookwooda od Rosiera. Ale też obie relacje wyglądały kompletnie inaczej.
- Nie pali mi się do ślubu. Saurielowi też nie – jeśli mogła czegokolwiek chcieć to więcej czasu. Bardziej poznać narzeczonego, dotrzeć się z nim… może wypracować jakieś… cokolwiek wspólnego życia. Póki co byli rzuceni na głęboką wodę, choć przynajmniej dali im czas na zapoznanie się przed zaręczynami. Przynajmniej jakoś nauczli się pływać. No i… poznała go na tyle, że mu zaufała. Może był to błąd, ale komu nie ufać jak nie mężczyźnie, który miał zostać twoim mężem? Gdy został z nią kilka dni w Londynie zachowywał się wzorowo.
- Nie wszyscy. Ale tak – przyznała cicho. Miała o nich akurat całkiem podobne zdanie. Bo kto normalny swojego syna za nieposłuszeństwo karze w ten sposób…? - A on nie ma z nimi zbyt dobrego kontaktu. Z wielu powodów. Nawet z własną matką… – i to też rozumiała, bo miał do Anny żal. Chociaż widziała, że kobieta stara się jakoś odpracować swoje błędy i nadal troszczyła się o syna na ile to było w ogóle możliwe. - Jasne. Dziękuję, Brenn. To wiele dla mnie znaczy – uśmiechnęła się do czarownicy, bo tak naprawdę było. Wsparcie osób z zewnątrz potrafiło dodać sił, zwłaszcza tych psychicznych. Sama wiedzą o tym, że nie jest się całkiem samemu. - To działa w dwie strony, mam nadzieję, że to wiesz – dodała jeszcze.
Nadal się uśmiechała, kiedy Brenna machnięciem rzuciła na siebie zaklęcie. I wtedy z zarośli wybiegł nieduży jednorożec, bez rogu, ale jego sierść i umaszczenie mówiły wszem i wobec czym jest i w jakim mniej-wiecej wieku. Wiedziała co Brenna chciała powiedzieć: jaki piękny, i to samo pomyślała Victoria. Nigdy nie widziała tych zwierząt na żywo, na własne oczy, ale wtedy… błysnęło. Mały jednorożec upadł. Victoria zadziałała instynktownie.
Rzuciła się do przodu, gotowa zasłonić małego swoim ciałem, w dłoni już miała różdżkę, by zapobiec kolejnym zaklęciom za pomocą Protego.
- Leż, nie bój się. Obronie cię – nie miała pojęcia czy jednorożec w ogóle rozumiał co się do niego mówi.
Rozpraszanie:
Akcja nieudana
Sukces!