Była nauczona, że nie wolno płakać, nie wolno okazywać słabości. Przyzwyczajona do tego, by z kamiennym wyrażeń twarzy znosić upokorzenia, łamiące serce rozkazy i powinności. Miała się prezentować dumnie. Miała iść przez życie z podniesiona głową, idealna córka, idealnej rodziny. Cóż z tego, że z bocznej linii. Nie dziedzic nazwiska, tylko najstarsza córka drugiego syna. Może dlatego Isabella miała takiego pierdolca na punkcie perfekcji, żeby wszyscy widzieli, że choć nie dziedzic – prezentuje się lepiej niż tamci. Że wychowana jest w dokładnie tych samych wartościach, że nie może robić co chce, tylko tańczy jak jej zagrają.
- Przygotowuję się. Już jakiś czas temu powzięłam kroki żeby się zabezpieczyć… ale bardziej przed Rookwoodami. Zdaje się, że oni nie dysponują taką gotówką jak Lestrange i obawiam się, że będą chcieli położyć łapy na mojej fortunie – a ta była niemała. Lestrange byli obrzydliwie bogaci. A ona miała jeszcze mnóstwo swoich pieniędzy. Ale też kupiła mieszkanie w Londynie – żeby mieć gdzie się zatrzymać, gdyby coś poszło bardzo mocno nie tak. Tylko… to chyba nie miałoby być na stałe. - Ale ile można uciekać? Całe życie? Przed własną rodziną, przed Śmierciożercami… co ze mnie zostanie? Kim będę musiała się stać, żeby przeżyć? – tak, zdecydowanie łatwiej powiedzieć niż zrobić. - I co z moją siostrą – młodziutką… bała się że to na nią matka wyładuje całą swoją frustrację. Nie mogła tak po prostu odejść. Tak, przygotowywała się, ale jako ostateczność, gdyby została przyparta do ściany i nie miała już żadnego innego wyjścia. - Zaalarmowało mnie to, że mi nie powiedzieli kim on jest. Podpytywałam delikatnie, kiedy już wiedziałam, ale nie puścili pary z ust. To dla nich… chyba bardzo ważny układ, skoro zadali sobie tyle trudu. Nawet nie chcę myśleć o tym co zrobią, jeśli ucieknę – miała swoje zobowiązania przecież. A nie będzie się mogła w nieskończoność ukrywać w Biurze Aurorów, nawet jeśli Lestrange nie mieli tam swoich wpływów. I co zrobią Saurielowi? To nie było z żadnej strony proste.
Przetarła oczy wierzchem dłoni i westchnęła, starając się uspokoić. Rzadko kiedy miała takie momenty słabości jak teraz. Ale nie była kamieniem, który niczego nie odczuwa, jak niektórzy myśleli.
- Przepraszam. Jesteś zmęczony i masz swoje problemy, a ja ci dokładam moich – pociągnęła nosem. - Pójdę już… Bardzo, bardzo ci dziękuję. Mogę ci się jakoś odwdzięczyć? – uniosła głowę i spojrzała zaczerwienionymi oczami na Laurenta, gotowa w zasadzie wstać i pójść już… nie chciała mu się narzucać, już i tak miała poczucie, że zrobiła to nazbyt, nadwyrężając jego gościnność. Wciąż nie wiedziała co ma zrobić. Co powiedzieć Saurielowi. Bo to czego się dowiedziała było jednocześnie dobrą i bardzo złą wiadomością.