31.08.2023, 09:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2023, 09:25 przez Brenna Longbottom.)
Uśmiechnęła się tylko na opowieść Patricka. Gdyby to była książka, a oni byliby jej bohaterami, zapewne faktycznie okazałoby się, że na cmentarzu mieszkają trzy siostry – albo trzy pokolenia wampirzyc, babka, matka i córka, i jeszcze każda z nich posiada inny talent (chociaż widmowidzenie, aurowidzenie i jasnowidzenie prawdopodobnie zanikało po przemianie). I że spodziewały się ich nadejścia.
Na szczęście nie żyli w książce, a gdyby naprawdę wpadli na aż trzy wampiry, Brenna chyba uznałaby wreszcie, że jest przeklęta.
Chwilę później podążyła za zapachem, węsząc, najpierw przy ziemi, a potem w powietrzu. Trop był wyraźny, świeży i… oczywisty. Niezbyt wierzyła przecież, że jakiś krewny postanowił przyjść na ten cmentarz i wejść do mauzoleum, by powspominać zmarłych. Wycofała się: był dzień. Wampirzyca prawdopodobnie spała. Jeżeli tak, Brenna nie chciała przebudzić jej za wcześnie, gadaniem na progu „domu”.
Sekundę później pomiędzy nagrobkami znów stanęła kobieta.
– Mieszkańcy Little Hangleton na pewno będą wdzięczni – powiedziała cicho, podnosząc się. Teraz, w ludzkiej postaci, nie czuła już tropu, ale zdawało się jej, że mocny zapach perfum wciąż wwierca się jej w nozdrza. Drzewo sandałowe, wanilia, bursztyn, pomarańcza… Brenna pomyślała, że to pasuje do wampirzycy z opowieści. I że wcale nie będzie dziwne, jeżeli nieco przeorganizowała wnętrze grobowca. Piękne suknie, kwiaty, perfumy, romantyczna duszna. – Nigdy już nie użyję perfum z drzewem sandałowym – stwierdziła, uśmiechając się do Patricka, chociaż nie był to naprawdę wesoły uśmiech. Wszak właśnie informowała Stewarda, że mieli rację.
I że tego dnia czeka ich walka z wampirzycą.
Uniosła rękę i wycelowała różdżką w mauzoleum, a potem skinęła głową. Tak, jest tu.
Brenna nie brała nawet pod uwagę, że uda się załatwić sprawę polubownie. To nie była wampirzyca, która próbowała „uczciwie” żyć pośród ludzi – jak Brandon, albo chociaż udawać, że to robi – jak Rookwood. Mordowała, i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Rosaline, siostra Wolfganga, była tylko jedną z wielu ofiar, że ostatnia padła tutaj. Nie podda się bez walki, a po jednej bójce z wampirem Brenna jednego była pewna: oni też nie mogą się hamować, bo bardzo ciężko obezwładnić wampira.
I chociaż trochę gryzło ją sumienie, była tutaj. Bez munduru. Bez oficjalnego wpisu, dokąd poszła i dlaczego. Na wszelki wypadek. Bo zakładała, że wiele może pójść nie tak. Że będą musieli podjąć drastyczne środki. W imię wyższego dobra.
Bo gdyby nie udało się jej aresztować…
Już bez słowa skierowała się ku wejściu. Chciała je sprawdzić: i jeżeli jakaś magia broniła przejścia, spróbować rozproszyć, a jeśli trzeba było je odblokować, potraktować alohomorą. Kolejny ruch ręką - silenco, tłumiące dźwięki. Takie drzwi miały skłonności do otwierania się ze zgrzytem, a ona nie życzyła sobie żadnego zgrzytu.
Pchnęła je z całych sił. Wciąż pozostając na granicy światła i cienia, zajrzała do środka.
Na szczęście nie żyli w książce, a gdyby naprawdę wpadli na aż trzy wampiry, Brenna chyba uznałaby wreszcie, że jest przeklęta.
Chwilę później podążyła za zapachem, węsząc, najpierw przy ziemi, a potem w powietrzu. Trop był wyraźny, świeży i… oczywisty. Niezbyt wierzyła przecież, że jakiś krewny postanowił przyjść na ten cmentarz i wejść do mauzoleum, by powspominać zmarłych. Wycofała się: był dzień. Wampirzyca prawdopodobnie spała. Jeżeli tak, Brenna nie chciała przebudzić jej za wcześnie, gadaniem na progu „domu”.
Sekundę później pomiędzy nagrobkami znów stanęła kobieta.
– Mieszkańcy Little Hangleton na pewno będą wdzięczni – powiedziała cicho, podnosząc się. Teraz, w ludzkiej postaci, nie czuła już tropu, ale zdawało się jej, że mocny zapach perfum wciąż wwierca się jej w nozdrza. Drzewo sandałowe, wanilia, bursztyn, pomarańcza… Brenna pomyślała, że to pasuje do wampirzycy z opowieści. I że wcale nie będzie dziwne, jeżeli nieco przeorganizowała wnętrze grobowca. Piękne suknie, kwiaty, perfumy, romantyczna duszna. – Nigdy już nie użyję perfum z drzewem sandałowym – stwierdziła, uśmiechając się do Patricka, chociaż nie był to naprawdę wesoły uśmiech. Wszak właśnie informowała Stewarda, że mieli rację.
I że tego dnia czeka ich walka z wampirzycą.
Uniosła rękę i wycelowała różdżką w mauzoleum, a potem skinęła głową. Tak, jest tu.
Brenna nie brała nawet pod uwagę, że uda się załatwić sprawę polubownie. To nie była wampirzyca, która próbowała „uczciwie” żyć pośród ludzi – jak Brandon, albo chociaż udawać, że to robi – jak Rookwood. Mordowała, i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Rosaline, siostra Wolfganga, była tylko jedną z wielu ofiar, że ostatnia padła tutaj. Nie podda się bez walki, a po jednej bójce z wampirem Brenna jednego była pewna: oni też nie mogą się hamować, bo bardzo ciężko obezwładnić wampira.
I chociaż trochę gryzło ją sumienie, była tutaj. Bez munduru. Bez oficjalnego wpisu, dokąd poszła i dlaczego. Na wszelki wypadek. Bo zakładała, że wiele może pójść nie tak. Że będą musieli podjąć drastyczne środki. W imię wyższego dobra.
Bo gdyby nie udało się jej aresztować…
Już bez słowa skierowała się ku wejściu. Chciała je sprawdzić: i jeżeli jakaś magia broniła przejścia, spróbować rozproszyć, a jeśli trzeba było je odblokować, potraktować alohomorą. Kolejny ruch ręką - silenco, tłumiące dźwięki. Takie drzwi miały skłonności do otwierania się ze zgrzytem, a ona nie życzyła sobie żadnego zgrzytu.
Pchnęła je z całych sił. Wciąż pozostając na granicy światła i cienia, zajrzała do środka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.