31.08.2023, 02:37 ✶
Ulysses podszedł do wskazanego przez ojca fotela. Usiadł na nim sztywno a potem podniósł wzrok na Chestera, najwyraźniej zainteresowany tym, dlaczego ten go do siebie wezwał.
I chyba nie spodziewał się rozmowy o potencjalnym małżeństwie. To znaczy, to nie tak, że nie domyślał się, że taka rozmowa może mieć kiedyś miejsce, ale właściwie nie potrafił sobie wyobrazić odpowiedniego na nią momentu. Pewnie nigdy by nie nadszedł w jego oczach, więc równie dobrze mógł się przydarzyć i tego dnia.
Młody Rookwood nie potraktował słów ojca jak swoistej zdrady, choć pewnie dla kogoś innego, jakiegoś krnąbrniejszego syna z ostrzejszym charakterem, ta rozmowa z miejsca zaczęłaby zmierzać ku awanturze i trzaskaniu drzwiami. Zamiast tego on po prostu westchnął głęboko i zamrugał.
Pewnie zabrzmiałoby to okrutnie, gdyby Ulysses wypowiedział własne myśli na głos, ale tak naprawdę niespecjalnie obchodziło go kim będzie jego przyszła żona. Tak, wiedział jakim musiała sprostać wymaganiom i wiedział, że właściwie jedyna kobieta, która go interesowała ich nie spełniała. Nazwisko matki Danielle nie figurowało w spisie rodów czystokrwistych, więc nawet gdyby podniósł jej kandydaturę, ojciec by jej nie zaakceptował. Krew była zresztą pewnie główną różnicą, która dzieliła ich na dwie różne frakcje. Chester wierzył w czystość krwi, a Ulysses wprost przeciwnie. Sądził, że albo zaczną się wreszcie mieszać ze świeżą krwią, albo coraz więcej czystokrwistych dzieci będzie obarczonych chorobami genetycznymi. To była prosta matematyka a on, ze swoją genialną pamięcią, był doskonałym matematykiem.
Ale imię Eunice trochę go zaskoczyło. I to zaskoczenie chyba nawet odbiło się w pustych oczach Ulyssesa. Wbrew wszystkiemu, gdy o tym pomyślał, sam uważał, że Eunice nie była najgorszą możliwą opcją. Lubił ją. Zdawała się go trochę rozumieć. Była śliczna, nawet jeśli chwilami wydawała się tak samo dziwna jak on (któż normalny stroi się w szpilki i krwistoczerwoną sukienkę, gdy idzie obejrzeć dom do remontu?). Była prawie jego przyjaciółką.
Eunice i Danielle różniły się między sobą jak ogień i woda. Jedna była spokojna, opanowana, mroźnie piękna jak lodowa królowa. Druga była samym życiem, jej śmiech dźwięczał w uszach a spojrzenie miała tak ciepłe, że potrafiła nim roztopić nawet niezmącony spokój takiego gbura jak Ulysses. Eunice nie podejmowała spontanicznych decyzji, nie wybuchała śmiechem a zanim się odezwała, zawsze analizowała co chce powiedzieć. Danielle była spontanicznością. Przy Eunice Ulysses mógł pozostać sobą, siedzieć przez całe życie w swojej skorupie, kamienieć jeszcze bardziej i nigdy się nie zmieniać. Z wiekiem może byłby tylko jeszcze bardziej zimny, jeszcze bardziej niezainteresowany światem, jeszcze bardziej poukładany. Przy Danielle musiał się zmieniać, musiał działać i albo w końcu by spłonął, albo odrodziłby się jak feniks z popiołów.
- Lubię Eunice. Niedawno pomagałem jej w wyborze domu, który chciała kupić – odpowiedział uprzejmie. – Czy ona już wie?
I chyba nie spodziewał się rozmowy o potencjalnym małżeństwie. To znaczy, to nie tak, że nie domyślał się, że taka rozmowa może mieć kiedyś miejsce, ale właściwie nie potrafił sobie wyobrazić odpowiedniego na nią momentu. Pewnie nigdy by nie nadszedł w jego oczach, więc równie dobrze mógł się przydarzyć i tego dnia.
Młody Rookwood nie potraktował słów ojca jak swoistej zdrady, choć pewnie dla kogoś innego, jakiegoś krnąbrniejszego syna z ostrzejszym charakterem, ta rozmowa z miejsca zaczęłaby zmierzać ku awanturze i trzaskaniu drzwiami. Zamiast tego on po prostu westchnął głęboko i zamrugał.
Pewnie zabrzmiałoby to okrutnie, gdyby Ulysses wypowiedział własne myśli na głos, ale tak naprawdę niespecjalnie obchodziło go kim będzie jego przyszła żona. Tak, wiedział jakim musiała sprostać wymaganiom i wiedział, że właściwie jedyna kobieta, która go interesowała ich nie spełniała. Nazwisko matki Danielle nie figurowało w spisie rodów czystokrwistych, więc nawet gdyby podniósł jej kandydaturę, ojciec by jej nie zaakceptował. Krew była zresztą pewnie główną różnicą, która dzieliła ich na dwie różne frakcje. Chester wierzył w czystość krwi, a Ulysses wprost przeciwnie. Sądził, że albo zaczną się wreszcie mieszać ze świeżą krwią, albo coraz więcej czystokrwistych dzieci będzie obarczonych chorobami genetycznymi. To była prosta matematyka a on, ze swoją genialną pamięcią, był doskonałym matematykiem.
Ale imię Eunice trochę go zaskoczyło. I to zaskoczenie chyba nawet odbiło się w pustych oczach Ulyssesa. Wbrew wszystkiemu, gdy o tym pomyślał, sam uważał, że Eunice nie była najgorszą możliwą opcją. Lubił ją. Zdawała się go trochę rozumieć. Była śliczna, nawet jeśli chwilami wydawała się tak samo dziwna jak on (któż normalny stroi się w szpilki i krwistoczerwoną sukienkę, gdy idzie obejrzeć dom do remontu?). Była prawie jego przyjaciółką.
Eunice i Danielle różniły się między sobą jak ogień i woda. Jedna była spokojna, opanowana, mroźnie piękna jak lodowa królowa. Druga była samym życiem, jej śmiech dźwięczał w uszach a spojrzenie miała tak ciepłe, że potrafiła nim roztopić nawet niezmącony spokój takiego gbura jak Ulysses. Eunice nie podejmowała spontanicznych decyzji, nie wybuchała śmiechem a zanim się odezwała, zawsze analizowała co chce powiedzieć. Danielle była spontanicznością. Przy Eunice Ulysses mógł pozostać sobą, siedzieć przez całe życie w swojej skorupie, kamienieć jeszcze bardziej i nigdy się nie zmieniać. Z wiekiem może byłby tylko jeszcze bardziej zimny, jeszcze bardziej niezainteresowany światem, jeszcze bardziej poukładany. Przy Danielle musiał się zmieniać, musiał działać i albo w końcu by spłonął, albo odrodziłby się jak feniks z popiołów.
- Lubię Eunice. Niedawno pomagałem jej w wyborze domu, który chciała kupić – odpowiedział uprzejmie. – Czy ona już wie?