Mrugnął.
Gwar dźwięków owinął się wokół jego głowy i uderzył w uszy. Tłum łączył ze sobą słowa, zdania, krzyki i śmiechy. Nie brakowało gwizdów, bo przecież niektórzy musieli się zachowywać jak wypuszczone z klatek świnie, które pierwszy raz widzą pastwisko. Nie bardzo to lubił. Kakofonia dźwięków, trąby z wyścigów, krzyki i wszystko inne były głośne, gwałtowne, a on musiał przy tym się uśmiechać i być grzecznym dzieckiem. Nie to, że chciał być niegrzeczny. Ale chciał... wolałby teraz być gdzieś indziej. Wszyscy ci ludzie, którzy wydawali się tacy agresywni w swoich skandach, unosili ręce, pięści, dopingowali swoich idoli. Gdzieś obok przeszedł bukmacher nawołujący do zbierania zakładów, trzymający swoją wielką księgę jak księgowy londyńskiej firmy, której nie starczy dwóch kartek A4 na liczenie dziennych przychodów. Zmarszczył brwi, próbując przyzwyczaić oczy do tego słońca, które lało się z nieba - a na niebie ani jednej chmurki. Co to za angielska pogoda? Czemu od paru dni było tak ciepło? - przemknęło przez jego myśli. Niektórzy ludzie w tym miejscu ważyli swoją przyszłość. Nie trzeba było być specjalnie wielkim empatom, żeby wycenić, że przynajmniej jedna osoba tutaj mogła wyjść z wielkim majątkiem, albo skończyć zupełnie z niczym. Tylko moment... Wyścigi. Tak, wyścigi. Miał się skupić na wyścigach i na... Panienka Rosier sama się dopytała, czy jej słuchał. Chciał odpowiedzieć, niezgodnie z prawdą, że tak, jak najbardziej... ale czy mogłaby powtórzyć? Potem chyba by się poprawił, że nie, że odleciał myślami. Że chyba przez moment po prostu się wyłączył, może to słońce tak źle dzisiaj na niego działało? W końcu, przecież wiedziała, nigdy nie był najlepszej kondycji. Oczywiście, że wiedziała. W końcu była dla niego... Kim? Dźwięk nie wydobył się z jego gardła, bo paskudnie zabolało. Ugrzązł w nim i odruchowo Laurent sięgnął do gardzieli, przymykając z bólu oczy. A kiedy je otworzył spoglądał na rękach swojej białej marynarki, która przesiąkała właśnie krwią. Na swoje palce, wcale nie tak blade, z których skapywały szkarłatne krople. Zrobiło mu się słabo. Zazwyczaj na widok krwi robiło mu się po prostu słabo. A to była jego krew. Skąd? Przecież się nie zranił. Coś mu się przewidziało? Chciał o to zapytać kobietę obok siebie, podniósł na nią nierozumiejący niczego wzrok. Jedynie musnął ją spojrzeniem. Jego uwagę skradła nieznajoma (na pewno?) sylwetka z nożem w ręku.
Stał jak zaklęty. To przecież niemożliwe - szeptał jego umysł. To nie ma żadnego sensu, nie może być prawdziwe. Gardło pewnie go pobolewa od... od zimnego soku, a ręka to pewnie... coś mu się wydaje. Nie piekła go skóra, nic się nie działo, zupełnie nic. Mężczyzna nie może tutaj nieść noża, bo przecież nikt by go nie wpuścił. A jednak Laurent zwątpił, kiedy on szedł dalej, pewnym krokiem. I zrobił kilka krok w tył, przerażony. To nieprawdziwe. Kim on jest? I czemu miał tak skupione spojrzenie na nim? Laurent nie miał odwagi się nawet obejrzeć za siebie, robiąc kolejne, struchlałe kroki.
- S-stój... - Ledwo wychrypiał przez ściśnięte gardło. Nie stanął.
Laurent obrócił się i rzucił do ucieczki przez trybuny.