Jeden mężczyzna potrzebujący całego orszaku, żeby przeprosić również jedną, JEDNĄ, kobietę. W sumie lepiej jedną niż dziesięć. Laurent był tym tak sfrustrowany jak i nakazywał sobie zachować jakąś minimalną miarę spokoju, żeby jednak nie wyprowadzić przyjaciela z... z... z czego w zasadzie. Wyprowadzić go chciał - z tego korytarza i naprowadzić na ten jedyny słuszny. Wręcz czuł wibracje w krańcach palców, kiedy myślał o położeniu ich na majątku. Na tym, co można spieniężyć i co w końcu przyniosłoby mu dostatnie i wygodne życie. Bez kontroli kogokolwiek, bez oszczerstw na temat problemów z hazardem (bo przecież żadnych nie miał, to
było zwykłe oczernianie!). Własny, nowy początek w równie nowym świecie. Brzmiało tak bajecznie, że nie mógł powiedzieć: nierealnie. Och, to było jak najbardziej realne. Tylko trzeba było odpowiednio ułożyć pionki na tej planszy szachowej, którą był statek...
Na ile można wykorzystać miłość, żeby się wzbogacić?
Kobiety można wymieniać, miłość była niestała, pokazywały to wszystkie nieszczęśliwe małżeństwa po kilku latach, a bogactwo - o, bogactwo było całkowicie stałe. Wystarczyło tylko odpowiednio zainwestować. Do tej pory Laurent miał po prostu pecha. Tak, to był pech! Niezależne siły trzecie, które postanowiły zrujnować jego życie. I tyle.
- Dobrze ujęte: po co tam z nami idziesz, panie Burkes? Na pewno ma pan lepsze rzeczy do roboty, a zapewniam, że nasza kompania wystarczy. - Uśmiechnął się ślicznie, po anielsku, do mężczyzny. Gdyby się tutaj nie kręcił pod nogami - byłoby łatwiej. Byłeś pewien, że wystarczy po prostu ubrać elegancko rzeczy w słowa, żeby obaj panowie zgodzili się, żeby uszczknąć cokolwiek z tego skarbu. Byli w stanie to zrobić. Wystarczyło tylko chcieć. Prawdziwym problelem był aktualnie plączący się tu pod nogami Samuel. - Kwiaty - koniecznie. Czekoladki - nic skuteczniej nie otarłoby jej łez. - Zwrócił się już do Anthonyego.