Nie dało się ukryć, że Rabastan z całą pewnością nie odnalazłby się pośród łowców potworów z rodu Yaxleyów czy nawet leśników z mniej istotnych czarodziejskich rodzin. Stanowił przykład typowego mieszczucha, który wieś – a już zwłaszcza dzicz – uważał za ciekawostkę. To było miejsce, które można było odwiedzić parę razy w lecie, ale nie takie, w którym można było naprawdę żyć. Chłopak nie wyobrażał sobie życia poza stolicą, gdzie wszystko miał praktycznie pod nosem. Życie z dala od zgiełku wielkiego miasta byłoby dla niego nie do zniesienia. Londyn pozwalał na zachowanie jako takiej anonimowości na ulicy, a czarodziejskie wioski? Wścibstwo. Na każdym kroku.
— Jak ty możesz funkcjonować w takich warunkach? — Przyłożył zaciśniętą dłoń do buzi na słowa przyjaciółki. Czy to nie było w jakiś sposób poniżające? Bella była czystokrwistą wiedźmą, a w pracy zajmowała się obowiązkami, które w gruncie rzeczy bardziej chroniły mugoli niż jej własnych ziomków. Tragedia. — W takich momentach się cieszę, że mnie by prędzej wysłali do Munga niż Ministerstwa.
Skrzywił się na jej słowa, powstrzymując się przed sarkastycznym komentarzem. Skrzat? Tak z ulicy? Ktoś tu chyba na głowę upadł. Owszem, ten tutaj wykazał się ponadprzeciętną wręcz lojalnością, jednak był obcy. To się nie godziło! Przyjęcie do domu nowego służącego to nie był wybór obiadu na stołówce. Trzeba było wziąć pod uwagę wiele różnych aspektów. Co, jeśli skrzat wcześniej pomagał tylko w jakichś klitkach i nie byłby w stanie ogarnąć posiadłości? Lub gorzej, okazał się wysłannikiem jakiejś rodziny rywali? Czy Blackowie wpuszczali na Grimmauld Place byle kogo? No raczej nie!
— Wolimy załatwiać skrzaty przez agencje z Pokątnej — przyznał po dłuższej chwili. Zerknął kątem oka na ich „znalezisko”. — Poza tym, te co teraz u nas pracują, mogą zrobić się zazdrosne. Jeszcze się zagryzą z emocji, czy coś w tym stylu.
Argument o drobnej wadze skrzata go przekonał, więc skinął ledwie zauważalnie głową, wyczekując odpowiedniej chwili. Różdżka Lestrange'a powędrowała ku skrzatowi, jednak zaklęcie Belli okazało się w stu procentach efektywne. Skrzat zamarł na dłuższą chwilę ze skonfundowaną miną, jednak jego wyraz twarzy stosunkowo szybko uległ zmianie. Na jego licu malowała się kompletna wierność, jak gdyby zaklęcie Bellatriks kompletnie odcięło go od traumatycznych zdarzeń, które miały tu miejsce zaledwie parę godzin temu.
— A więc tym się zajmujecie? — spytał z lekkim podziwem w głosie, podchodząc bliżej skrzata i machając mu dłonią przed oczami. Nie zareagował w żaden histeryczny sposób, wodząc wzrokiem za ręką czarodzieja. Rabastan westchnął cicho. — Okej, to przepakujmy go. Czas wracać do bazy wypadowej. Kto wie, jakie tałatajstwo zacznie się tu szwendać późnym popołudniem.