Ach tam od razu zatruwanie powietrza zatęchłymi zasadami Rookwoodów! Toć to zwyczajowa grzeczność! Albo, według rozumienia Sauriela, baczenie na to, co się chce zobaczyć, a czego nie chce. Bo skąd miał wiedzieć, co tam właśnie się działo? Może akurat Augustus kończył zabawiać się z jakąś panienką? Albo z braku panienki - z własną ręką? A może własnie latał w samych gatkach słonika, albo przymierzał żonobijkę? Sauriel spodziewał się, że ludzie w wolnych chwilach, w zaciszu swojego kąta, robić mogą wszystko. Bo właśnie dlatego ten kąt był ich, że nikt im tam nieproszony nie przeszkadzał. I tak, tak, powiecie, że się umówił... no umówił. Tylko, jak słusznie mu kuzyn wypomniał, bardzo mało klasycznie i bardzo mało treściwie. Zakres czasu przyjścia był szeroki, ostatnie, czego by się więc spodziewał to tego, że Augustus siedzi na baczność i po prostu czeka. Nic nie robiąc. No, może akurat to, że siedział ciągle w garniaku - w to by uwierzył. Zamiast się w wygodną koszuleczkę i spodnie przebrać, jak mamusia przykazała... a nie, moment. Przecież byli wśród Rookwoodów. Tutaj głównym przykazaniem był kij w dupie i ubiór do kija dopasowany. Tak czy siak - strzeżonego Pan Bóg strzeże, a że Sauriel liczyć się nauczył to liczył na siebie. Brońcie bogowie - na Boga. Był człowiekiem bardzo małej wiary.
Czarne oczy wampira padły na skupionego na książce Augustusa. I nawet mu nie przeszkodził - niech czyta. Albo może - doczyta. Czarnowłosy ni chuja nie miał cierpliwości (to znaczy - nie miał jej zbyt wiele), ale że sam lubił czytać książki to doskonale znał ten ból, kiedy ktoś ci się wpieprza w środek rozdziału i nie daje nawet kulturalnie dokończyć fragmentu, do którego potem łatwo jest wrócić. Dlatego wzrok od kuzyna ściągnął na jego półki - na tytuły książek, na wystrój, na to, czy wszystko jest równiutko i czy chłoczyść odpowiednio często tu latało czy może testem białej rękawiczki pokazałby, że Augustus to jednak ukryty brudasek! Ale chyba musiał zawieść samego siebie. Wystarczyło, że zobaczył coś ciekawego i już mógł się zająć badaniem rzeczy nowej, niezrozumiałej, czekającej na poznanie. Jak dzieciak.
- Zabrzmiało bardzo optymistycznie. - Wyszczerzył kły w paskudnym uśmieszku, kiedy klapnął sobie na wskazanym miejscu i poprawił skórę na ramionach odpowiadając na spojrzenie. - Co to za życia, jak ciągle przesiadujesz w tym gównianym Ministerstwie. - Szkoda było młodości, dorosłości... wszystkiego! Oczywiście tak bardziej go zaczepiał, bo doskonale rozumiał, czym była ambicja i nie szykanował tego, że Augustus takową posiadał. Wręcz przeciwnie - szanował to. Ale nie byłby sobą, gdyby był zbyt milusi. To znaczy - czasami mu się zdarzało. Kiedy naprawdę fatalnie się czuł, bo kolejny raz zostawiono go zdychającego, bo "u wampira samo się zagoi". No, zagoi. Niestety bolało ciągle tak samo. Z zachwytem zatarł rąsie, kiedy pojawiły się konkrety na stole. Czyli - alkohol. - Oo, nawet przygotowałeś eliksir wspólnego porozumienia. - Uniósł szklaneczkę tak w geście "twoje zdrowie" i upił łyczka, zanim kontynuował.
- Ay. ŚWIECZEK. - Podkreślił, powtarzając teraz już trzeci raz to magiczne słowo klucz. Ale widząc minę Augustusa prychnął z rozbawienia. - Słuchaj, też nigdy nie sądziłem, że twoje świeczki się komukolwiek przydadzą... mam nadzieję, że będą miały jakiś fikuśny kształt, tak po znajomości. Na przykład, nie wiem. Penisów. - Sauriel wygrzebał karteczkę z kieszeni i położył ją na stole, przesuwając w kierunku Augustusa. - Głupia sprawa, brałem udział w tym zasranym Beltane z narzeczoną i dotknęła nas klątwa tego pierdolonego plecenia wianuszków. I potrzebuję twoich pięknych świeczuszek, żeby się tego gówna pozbyć.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.