08.08.2023, 15:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2023, 18:30 przez Brenna Longbottom.)
– Dopadnę go potem – obiecała Brenna, chociaż to jakoś dziwnie brzmiało w ustach osiemnastoletniej uczennicy, ale słowa same się jej wyrwały. Czy w ogóle powiedziałaby, pomyślała coś takiego w tamtych dawnych, beztroskich czasach, nawet postawiona w obliczu takiego zagrożenia? – W takim wypadku pomyślimy i o uzdrowicielu.
Szła przed siebie, z różdżką w jednej ręce, drugą wciąż obejmując Victorię, i nie zauważyła nawet, że Lestrange nagle nie miała już na sobie błękitnej, balowej sukni, i że wcale nie idą po dobrze znanych korytarzach Hogwartu.
Dopiero kiedy Victoria spytała, czy nie miały iść do dyrektora, Brenna przystanęła i rozejrzała się uważniej. I ona rozpoznawała Bibliotekę Maeve. Brygadzistka nie była z tym miejscem związana tak mocno, jak Lestrange, ale bywała tutaj wielokrotnie. Czasem – kiedyś częściej niż obecnie – prywatnie, by pogrzebać w książkach, które ją interesowały. Czasem służbowo, bo przecież często sprawy okazywały się bardziej skomplikowane niż ktoś mógłby zakładać. Niż sama zakładała, kiedy żartowano z niej, że będzie tylko wystawiać mandaty za źle zaparkowane miotły…
No tak. Te myśli uświadomiły ją, że wcale nie miała osiemnastu lat. I wcale nie były dopiero co w Hogwarcie. A może były? Brenna nie umiała jeszcze pozbierać myśli. Puściła wreszcie Victorię, gdy upewniła się, że ta nie przewróci się z braku podparcia i podeszła do najbliższego regału. Poruszała się dość cicho, a jednak zdawało się jej, że każdy krok niesie się po opustoszałej bibliotece. To miejsce nie jawiło się jej już tak przyjemne, jak podczas poprzednich wizyt. Było jak z mugolskiego horru.
Nie mogła sobie przypomnieć, jak tu trafiły. Nie rozumiała też, dlaczego jest tutaj tak pusto. Normalnie dziwiłoby ją to dużo bardziej niż teraz, chociaż i tak czuła, że zimne dreszcze pełzają jej po kręgosłupie. Lewą ręką ściągnęła jakąś księgę, a potem – podpierając ją o regał, bo w prawej dłoni wciąż trzymała różdżkę – otworzyła. Choć jednak widziała wcześniej tytuł, to teraz litery skakały jej przed oczyma, nie mogła odczytać treści.
– Chyba miałyśmy iść do dyrektora – przyznała. Wepchnęła wolumin byle jak na inne, nie dbając o to, że nie wraca na swoje miejsce, choć wiedziała, że w oczach tutejszych bibliotekarzy to niewybaczalna zbrodnia. Który był dzisiaj…? – Ja… nie jestem pewna. Zostało… kilka dni do pełni – powiedziała powoli. Zawsze wiedziała, której nocy będzie pełnia. – Dwudziesty drugi maja? – strzeliła, ale w jej głosie brakowało pewności. Powoli przeszła wzdłuż regału. Wyglądał jak zwykle, tylko niektórych tytułów nie potrafiła odczytać, tak jak tych liter w księdze. Jakby światło kaganków do nich nie sięgały, spowijał je przedziwny cień…
– Ale Albusa tutaj przecież nie będzie. Chyba powinnyśmy znaleźć wyjście – powiedziała powoli. – To chyba tędy?
Oddaliła się parę kroków od Victorii i zajrzała za regał. Widziała głównie ciemność, ale była prawie pewna, że dalej powinny być schody prowadzące na parter. Skoro w tej chwili były w dziale fauny i flory, mogły przejść do historycznego i stamtąd wyjść na Horyzontalną...
Szła przed siebie, z różdżką w jednej ręce, drugą wciąż obejmując Victorię, i nie zauważyła nawet, że Lestrange nagle nie miała już na sobie błękitnej, balowej sukni, i że wcale nie idą po dobrze znanych korytarzach Hogwartu.
Dopiero kiedy Victoria spytała, czy nie miały iść do dyrektora, Brenna przystanęła i rozejrzała się uważniej. I ona rozpoznawała Bibliotekę Maeve. Brygadzistka nie była z tym miejscem związana tak mocno, jak Lestrange, ale bywała tutaj wielokrotnie. Czasem – kiedyś częściej niż obecnie – prywatnie, by pogrzebać w książkach, które ją interesowały. Czasem służbowo, bo przecież często sprawy okazywały się bardziej skomplikowane niż ktoś mógłby zakładać. Niż sama zakładała, kiedy żartowano z niej, że będzie tylko wystawiać mandaty za źle zaparkowane miotły…
No tak. Te myśli uświadomiły ją, że wcale nie miała osiemnastu lat. I wcale nie były dopiero co w Hogwarcie. A może były? Brenna nie umiała jeszcze pozbierać myśli. Puściła wreszcie Victorię, gdy upewniła się, że ta nie przewróci się z braku podparcia i podeszła do najbliższego regału. Poruszała się dość cicho, a jednak zdawało się jej, że każdy krok niesie się po opustoszałej bibliotece. To miejsce nie jawiło się jej już tak przyjemne, jak podczas poprzednich wizyt. Było jak z mugolskiego horru.
Nie mogła sobie przypomnieć, jak tu trafiły. Nie rozumiała też, dlaczego jest tutaj tak pusto. Normalnie dziwiłoby ją to dużo bardziej niż teraz, chociaż i tak czuła, że zimne dreszcze pełzają jej po kręgosłupie. Lewą ręką ściągnęła jakąś księgę, a potem – podpierając ją o regał, bo w prawej dłoni wciąż trzymała różdżkę – otworzyła. Choć jednak widziała wcześniej tytuł, to teraz litery skakały jej przed oczyma, nie mogła odczytać treści.
– Chyba miałyśmy iść do dyrektora – przyznała. Wepchnęła wolumin byle jak na inne, nie dbając o to, że nie wraca na swoje miejsce, choć wiedziała, że w oczach tutejszych bibliotekarzy to niewybaczalna zbrodnia. Który był dzisiaj…? – Ja… nie jestem pewna. Zostało… kilka dni do pełni – powiedziała powoli. Zawsze wiedziała, której nocy będzie pełnia. – Dwudziesty drugi maja? – strzeliła, ale w jej głosie brakowało pewności. Powoli przeszła wzdłuż regału. Wyglądał jak zwykle, tylko niektórych tytułów nie potrafiła odczytać, tak jak tych liter w księdze. Jakby światło kaganków do nich nie sięgały, spowijał je przedziwny cień…
– Ale Albusa tutaj przecież nie będzie. Chyba powinnyśmy znaleźć wyjście – powiedziała powoli. – To chyba tędy?
Oddaliła się parę kroków od Victorii i zajrzała za regał. Widziała głównie ciemność, ale była prawie pewna, że dalej powinny być schody prowadzące na parter. Skoro w tej chwili były w dziale fauny i flory, mogły przejść do historycznego i stamtąd wyjść na Horyzontalną...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.