06.08.2023, 21:36 ✶
W istocie, bardzo szybko okazało się – bo wystarczyła odrobina skupienia i machnięcie różdżką - że posąg nie jest właśnie nim: wykutą z kamienia rzeźbą, którą stworzył mistrz rzemiosła, skoro był w stanie odwzorować najmniejsze nawet szczegóły. Czyli dokładnie to, co wzbudziło podejrzliwość Mavelle.
I w zasadzie zdarzyły się dwie rzeczy: okazało się, że Bones nie jest sama (nie licząc odczarowanej kobiety) oraz że nie-posąg ma całkiem potężne płuca. I dość szybkie nogi. Oszołomienie miało wiele twarzy; część osób najzwyczajniej w świecie zamierała w miejscu, trzęsła jak osika, krzyczała lub milczała całkiem, a ona, ona… ruszyła przed siebie, tak po prostu, już, teraz, natychmiast, jakby goniło ją jakieś stado (którego tu przecież nie było).
- Stój, poczekaj! – zawołała, odruchowo rzucając się za nią. Niepotrzebnie, odczarowana nie mogła daleko uciec, o czym zaraz brygadzistka przekonała się na własne oczy. Parę kroków, susów raczej, i… nie trzeba było być aż tak spostrzegawczym, jak brygadzistka, żeby zorientować się, iż kobieta ponownie kamienieje. Co do…?
A, tak, towarzystwo. Cynthia Flint, zdaje się, kojarzyła tę twarz – głównie z czasów Hogwartu. I to głównie przez Brennę, kuzynkę, która była od niej rok młodsza. Ech, stare, dobre czasy, wszystko wtedy było prostsze… ale to nie moment na wspominki, bynajmniej. Zwłaszcza że…
- Wiedziałaś, że ona tu jest – stwierdziła bardziej niż spytała, nie bawiąc się w grzeczności. Raz, że była skupiona na czym innym – bo znowu zaczęła obchodzić posąg, pozerkując na Flintównę – dwa, że jakkolwiek by nie patrzeć, po lesie buszowała w dość konkretnej sprawie. A że przy okazji trafiła na inną, która raczej kwalifikowała się do dokładniejszego zbadania, to już nieco inna sprawa. Właściwie to powinna po prostu zgłosić i dalej ruszyć przed siebie, zajmując się tym, po co przyszła… szlag. Ale z drugiej strony – wypadałoby zebrać jakieś informacje i… zaraz, zaraz, brzmiało, jakby ta sprawa już była w Ministerstwie!
Czyli… zbierając do kupy to, czego już się zdążyła dowiedzieć: nie była pierwszą, która się natknęła na przerażoną kobietę, można ją było odczarować, ale zdecydowanie nie na długo. Co oznaczałoby, że ciążyła na niej jakaś silniejsza klątwa, czyli robota dla klątwołamaczy… zaraz, dlaczego Ministerstwo jeszcze żadnego nie wysłało, skoro najwyraźniej już powinno sobie zdawać sprawę z jej istnienia? Bo co, bo była kamieniem i mogła zapuszczać tu korzenie tak długo, aż zakwitnie? Bo kamienia nic nie zeżre? Niby las to las, niby dość łatwo o uniknięcie towarzystwa, ale jak widać – odnalezienie ofiary nie było najwyraźniej takie trudne i równie dobrze ktoś mógł mieć głupi pomysł i zechcieć spróbować roztrzaskać posąg.
Tak, nie miała zbyt wielkiej wiary w ludzi.
- W istocie, jestem tu służbowo – potwierdziła jakby wręcz od niechcenia, przystając w końcu na wprost skamieniałej, studiując jej twarz. Kusiło, żeby znów ją odczarować, tylko… czy nie będzie to nadaremne? - Co o niej wiesz? – spytała nagle, zerkając uważnie na Cynthię.
I w zasadzie zdarzyły się dwie rzeczy: okazało się, że Bones nie jest sama (nie licząc odczarowanej kobiety) oraz że nie-posąg ma całkiem potężne płuca. I dość szybkie nogi. Oszołomienie miało wiele twarzy; część osób najzwyczajniej w świecie zamierała w miejscu, trzęsła jak osika, krzyczała lub milczała całkiem, a ona, ona… ruszyła przed siebie, tak po prostu, już, teraz, natychmiast, jakby goniło ją jakieś stado (którego tu przecież nie było).
- Stój, poczekaj! – zawołała, odruchowo rzucając się za nią. Niepotrzebnie, odczarowana nie mogła daleko uciec, o czym zaraz brygadzistka przekonała się na własne oczy. Parę kroków, susów raczej, i… nie trzeba było być aż tak spostrzegawczym, jak brygadzistka, żeby zorientować się, iż kobieta ponownie kamienieje. Co do…?
A, tak, towarzystwo. Cynthia Flint, zdaje się, kojarzyła tę twarz – głównie z czasów Hogwartu. I to głównie przez Brennę, kuzynkę, która była od niej rok młodsza. Ech, stare, dobre czasy, wszystko wtedy było prostsze… ale to nie moment na wspominki, bynajmniej. Zwłaszcza że…
- Wiedziałaś, że ona tu jest – stwierdziła bardziej niż spytała, nie bawiąc się w grzeczności. Raz, że była skupiona na czym innym – bo znowu zaczęła obchodzić posąg, pozerkując na Flintównę – dwa, że jakkolwiek by nie patrzeć, po lesie buszowała w dość konkretnej sprawie. A że przy okazji trafiła na inną, która raczej kwalifikowała się do dokładniejszego zbadania, to już nieco inna sprawa. Właściwie to powinna po prostu zgłosić i dalej ruszyć przed siebie, zajmując się tym, po co przyszła… szlag. Ale z drugiej strony – wypadałoby zebrać jakieś informacje i… zaraz, zaraz, brzmiało, jakby ta sprawa już była w Ministerstwie!
Czyli… zbierając do kupy to, czego już się zdążyła dowiedzieć: nie była pierwszą, która się natknęła na przerażoną kobietę, można ją było odczarować, ale zdecydowanie nie na długo. Co oznaczałoby, że ciążyła na niej jakaś silniejsza klątwa, czyli robota dla klątwołamaczy… zaraz, dlaczego Ministerstwo jeszcze żadnego nie wysłało, skoro najwyraźniej już powinno sobie zdawać sprawę z jej istnienia? Bo co, bo była kamieniem i mogła zapuszczać tu korzenie tak długo, aż zakwitnie? Bo kamienia nic nie zeżre? Niby las to las, niby dość łatwo o uniknięcie towarzystwa, ale jak widać – odnalezienie ofiary nie było najwyraźniej takie trudne i równie dobrze ktoś mógł mieć głupi pomysł i zechcieć spróbować roztrzaskać posąg.
Tak, nie miała zbyt wielkiej wiary w ludzi.
- W istocie, jestem tu służbowo – potwierdziła jakby wręcz od niechcenia, przystając w końcu na wprost skamieniałej, studiując jej twarz. Kusiło, żeby znów ją odczarować, tylko… czy nie będzie to nadaremne? - Co o niej wiesz? – spytała nagle, zerkając uważnie na Cynthię.