Słuchała jego słów uważnie. Miał racje. Nikt w domu nie mógł jej zatruć, nikt by się nie ośmielił truć córki Chestera, prawda? Przeczesała spocone włosy dłonią i ciężko westchnęła. Nie miała siły myśleć, nie miała siły zastanawiać się nad tym, co jej dolegało. Na pewno nie pójdzie do uzdrowiciela, żadnego!
– Jem to samo, nic nie zmieniałam. Nie lubię zmian – przypomniała mu patrząc na niego. Lubiła, gdy tak analizował, lubiła, gdy myślał głośno. Pomagało jej to też układać jej własne myśli. Czuła się przy nim jak przy swojej bratniej duszy, zawsze wiedzieli, co myślą, jak się czują i kiedy drugie jest w niebezpieczeństwie. Był to ich wypracowany instynkt, ponieważ nigdy nie lubili się za bardzo rozdzielać. Jasne, często sobie dokuczali, rywalizowali, ale było to ich własne dążenie do perfekcji poprzez ucieranie sobie nawzajem nosa, ale zawsze wiedzieli, że mogą na siebie liczyć. Dlatego czekała, aż ten sam do niej przyjdzie, aż on będzie miał czas jej pomóc. Wymioty chyba ustały, ale miała nadzieję, że jeśli zwróci na niego zawartość własnego żołądka on zachowa to dla siebie. Niepewnie wywaliła język poza buzie i odchyliła lekko głowę, aby mógł zobaczyć to, co chciał tam zobaczyć.
– Jaka choroba ma takie objawy? Zatrucie pokarmowe nie trwa tyle czasu – odezwała się, gdy ten skończył grzebać w jej buzi.