Cieszyła się teraz bardzo z tego, że opanowała oklumencję. Że mogła skryć swoje myśli, smutek straty, za maską i odsunąć od siebie te wszystkie przygnębiające myśli. One napływały – zewsząd. Pogrzeby nigdy nie były przyjemne, ale będąc na kilku, Victoria była w stanie dostrzec różnicę. Na jednych rodzina i bliscy trzymali się niemalże z kamiennymi twarzami, okazując jedynie odrobinę smutku, a tutaj, przy stracie Longbottomów, stali ze sobą murem, a cierpienie i żal, jakie było od nich widać… To nie było udawane. Z panny Lestrange żadna była wielka empatka, była kobietą, która nade wszystko kierowała się logiką, być może wielu uczuć tka od razu nie rozumiała, zwłaszcza jeśli sama ich jeszcze nie przepracowała, ale to, co widoczne było tutaj, było dla niej jasne. To była miłość. I ból niesiony ze stratą. W dobie małżeństw sklejanych na siłę, w rodzinach, w której rodzice wcale nie pałali do siebie miłością, dzieci wychowywały się często w samotności, nie przywiązane więzami ciepłych uczuć do najbliższych. Ale tutaj… Tutaj wyczuwała coś innego. I tym bardziej było jej smutno. Że w tym świecie, gdy te uczucia wcale nie były częste – a przynajmniej nie w jej otoczeniu, nie tam, gdzie sama się wychowała – zazdrościła im tego. Tego zgrania, tego, że byli dla siebie w najczarniejszych godzinach. Ale też współczuła. Naprawdę współczuła. Derwin był naprawdę dobrym człowiekiem, wspaniałym aurorem. Przekazał jej samej tak wiele…
Nie była nikim z rodziny, ledwie koleżanką z pracy. Nie zamierzała wiec podchodzić i mówić… Nie wiedziałaby nawet co. Postanowiła więc zostać w ławce i w ciszy wysłuchać najpierw seniora Longbottoma, następnie Erica… Lucy. Och Lucy.
Oklumencja to naprawdę była wspaniała rzecz. Łatwiej było wyprać się z emocji. Łatwiej było nie pokazać, że jest się równie wrażliwym.
Nie miała pojęcia, dlaczego właśnie przypomniała sobie jeden z tych beznadziejnych żartów Derwina. Czym się różni gołąb od zwłaszczy? Gołąb siada na oknie, a zwłaszcza na parapecie.