Laurent czasami chciał nad sobą zapanować. Cholera, naprawdę chciał! Bardziej, kiedy był młodszy, bo jakoś tak... był milszym dzieckiem, niż jest teraz. Działało to różnie i niektórzy mieli wręcz na odwrót. Byli chujami, żeby potem dorosnąć i stać się nieco bardziej wyrozumiałymi i otwartymi na świat i innych ludzi istotami. Chyba cały czar tych zmian zależał od tak wielu czynników, że próba zebrania ich w kupę była ciężkim zajęciem. Z Laurenta zaś nie był żaden psycholog, żeby próbować. Na pewno byli to ludzie, którzy cię otaczali. Na pewno były to wydarzenia, z którymi się stykałeś. I z całą pewnością lwią część wpływu mieli rodzice. To z nimi zaczynałeś swoje małe i wielkie przygody i to oni pokazywali ci pierwsze obrazy świata, jakich doświadczałeś. Pewnie, dzieciaki, jak to wiadomo, brylowały wszędzie. Tak, jak jaszczurki - widzisz je, a zaraz przebiegały w inny kąt i okazywało się, że gęś je ugryzła, bo weszły takowej pod paszczę. Tym nie mniej mimo upominania samego siebie chyba za mocno wziął sobie do serca powiedzenie "muszę, bo się uduszę". Nie, nie wziął. Ale widział, że tak to po prostu wyglądało. Zależnie od osoby, bo wyczuwał pismo nosem i bardziej podatną "ofiarę" na jego małe żarciki, które sobie czynił. Teraz zaś, mimo uśmiechów i przyjaznych wspomnień, dochodziło do tego napięcie całą sytuacją. Bo mogło się wydawać, że ta atmosfera nijak na Laurenta nie wpłynęła, ale to był tylko pokaz. To, co Laurent uważał, że robił przed nim Delacour - przecież sam dokładnie to samo czynił. Bo trzeba się uśmiechać. Klient nie chce gadać z kimś wiecznie skrzywionym. Nie chce oglądać niepewności osoby, z którą robi interes. To wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. On musiał być dopięty. Dokładnie tak samo, jak biała koszula, którą miał na sobie. A i tak dobrany strój był poza schematem tego, w czym pokazywał się ludziom. Bo dobrany tak, żeby mógł spokojnie działać i wejść w las, nie tak, żeby przejść z wysoko uniesioną głową samym środkiem Pokątnej.
Francuzi kojarzyli się z bogactwem, przepychem wręcz. Przynajmniej Laurentowi. Z wymuskanymi gestami i... akurat jeśli chodzi o prezencję to doskonale się w to wyobrażenie Laurenta wpasowywał Kayden, ale tylko w pierwszym momencie. Potem zrobił się za bardzo... ludzki. Chyba dlatego, że w ogóle miał mimikę poza uśmiechem i reagował na to, co się działo. W minimalnym stopniu i no właśnie - blondynowi wydawało się, że to nie jest szczere - ale nadal. To jednak nie była rzeźba, która tylko trzyma wyniośle głowę, wzdycha i marudzi, jak jej ciężko. Tak, dokładnie tak myślał o francuzach Laurent. Jakoś jego styczność z Delacour nie była dotąd wybitnie pozytywna. To jest - świetni klienci! Wspaniały rynek zbytu! Ale nie osoby, z którymi chciałby utrzymywać bliższy kontakt. Dobrze było wiedzieć, że są Delacour, którzy odstają od schematu. Albo po prostu takie było "szczęście" Lukrecji, że trafiał do tej pory na gburów. Ach, nie ma to jak oceniać człowieka po opakowaniu i po nazwisku...
Michael został zadziwiony. Wyglądało to niemal tak, jakby miał tu unosić brwi w zdziwieniu, ale akurat nie można było mówić o ludzkiej mimice w końskim wydaniu. I była to, żeby nie było wątpliwości, reakcja na ukłon. Reakcja, która dodała Kaydenowi parę punktów szacunku w oczach rumaka. Dodała też małego śmieszka w oczach Laurenta, ale również wziął to za bardzo sympatyczny gest. No i Michaelowi, koniec końców, bardzo się spodobało, bo sam pochylił wdzięcznie łeb, żeby odwzajemnić ten gest. Czy to była kpina ze strony Kaydena? Nazwijcie Lukrecję przewrażliwionym, ale po prostu nie ufał ludziom. A szczególnie takim, którzy prezentowali sobą coś więcej niż bycie jakimś uroczym sobą, trochę zakręconym, trochę nieporadnym. Innymi słowy: ludzie z charakterem sprawiali, że Laurent zaraz zaczynał na nich uważać.
Laurent lekko poruszył lejcami, trzymając je jedną dłonią. W taki sposób, że wydawało się, że zaraz mogą się z niej wyślizgnąć, wypaść. Michael oparł się na zadnich kopytach, unosząc kilka centrymetrów nad ziemię przednie kopyta i zarżał głośno. Dwa abraksany za nim rozłożyły skrzydła. I to samo zrobił sam Michale. Światło słońca zalśniło na pięknych lotkach, jasnych i czystych. Skrzydła aniołów. Wydany przez abraksany dźwięk rozgonił skutecznie ludzi przed nimi, więc wóz ruszył. A nie ruszył delikatnie i powoli. Tylko od razu, kolokwialnie mówiąc - z kopyta. Abraksany wzięły rozbieg, po czym machnęły skrzydłami i wzbiły się w powietrze. Skupienie na samym starcie, może szczęście dla samego Kaydena, oderwało uwagę blondyna od jego pasażera. Te drobne znaki mówiące o tym, że hej, coś nie tak, że... coś tutaj nie gra i nie czuję się dobrze mu umknęły. Ale chyba nie było mowy o tym, żeby umykały przez całą podróż...
- Zdziwiło mnie, jak płynnie mówi pan po angielsku. Mam na myśli - zupełny brak akcentu. Rozumiem, że razem z rodziną mieszka pan w Anglii dłużej? - Zagaił, obracając w końcu głowę w kierunku Kaydena.