Powoli przesunął po niej spojrzeniem, ale nie było w tym niczego wulgarnego. Szukał prawdy w jej słowach. W zapewnieniu, że jej się nic nie stało, bo kurtka tak naprawdę nie miała znaczenia. Mogła ją przynieść w strzępach, na pewno by pomarudził, ale koniec końców - to tylko kurtka. Może i tę konkretną lubił, była zresztą już trochę znoszona, bo swoje przeżyła. Ustawicznie naprawiana po przeróżnych przygodach, które w strzępach ją powinny zostawić. Mieliśmy zaklęcia, ten świat był ciągłym cudem. Nie dało się jednak tak łatwo naprawiać ludzi. A ona..? Zmęczona - ale ona prawie zawsze wyglądała na zmęczoną. Jej nieszczęsna klątwa z wiecznym niewysypianiem się... Teraz w zasadzie żałował, że wszystkiego nie pierdolnął tamtego drugiego dnia tego felernego maja i nie został z nią. Łatwo płakać za rozlanym mlekiem, bo refleksja przyszła szybko - nie, przecież to nie tak, że nie chciał zostać. Nie mógł. Albo nie chciał? Nie mógł i nie chciał? Nie podjąłby wtedy innej decyzji, a teraz, prawie dwa tygodnie później, czuł się jakiś mądrzejszy i bogatszy. W wiedzę? W spokój. Wszystko było teraz bardziej rozmyte, miałkie, łatwiejsze do przyswojenia. Prawie wszystkiemu można było przytaknąć. Nawet jeśli było to tak bardzo żałosne.
- Tak? - Zabrzmiał na zaskoczonego. - To dobrze. Jak zbroja. Polizana, odstrasza, bo moja. - Pogadał sobie dalej jakieś głupoty, które jako pierwsze wskoczyły do obolałej głowy. Jakby była napuchnięta, jakby mózg chciał mu wylać się przez uszy. A temperatura była przecież ciągle taka sama - chłodna. Zostawił tę kurtkę na oparciu, nie sprawdzając żadnej innej kieszeni. Tylko wyciągnął te fajki. - Ta Brenna. Ufasz jej? Chyba fajna babka, co? - Na pewno zapadała w pamięć. A już na pewno bardzo mocno zapadła w pamięć przez to, że chyba była pierwszą osobą, nie licząc Fergusa, która kojarzyła mugolskie teksty. I to jeszcze takie wspaniałe dzieło, jakim było dzieło pana Tolkiena! Jeśli to nie zasługiwało na szacunek, to ja nie wiem, co zasługuje. I w zasadzie nie, to nie było teraz ważne. Bo jednak ta wędrówka na Nocturn, to dziwne spojrzenie, jakie przez moment miała... Nie znał Victorii z takiej gwałtownej strony. Że leci. I to w TAKIE miejsce. To nie było żelazko zostawione na gazie.
Nawet nie podjął się próby odpalania tylko podał jej trzęsącą się ręką fajki. Między powolnymi i ostrożnymi, słabymi ruchami były jakieś tiki nerwowe i drgnięcia mięśni, które na ułamki sekund przerywały ten jakże pozorny spokój. Sielankę przesiadywania na kanapie. Rozmowa wampira i Tej, Która Przeżyła. Albo może Tej, Która Umarła.
- Aha... - To nie było pełne zwątpienia aha. To było wydobycie z siebie dźwięku potwierdzenia, że słucha i że nie rozumie. Bo wyjechała z wysokiego C... czy jakkolwiek się to mówi. Chyba tracę rozum. Nie, bez chyba. To "chyba" dopisał jego mózg, żeby nie brzmiało tak strasznie i tak... abstrakcyjnie. To był taki cios, co spada, nie spodziewasz się i nagle musisz się przystosować do nowej rzeczywistości. Ale Sauriel teraz działał w bardzo ślimaczym tempie. - Wizyta w... gdzie? - Widać było po nim, że próbuje nadążyć i chociaż było pozornie mało informacji to został nimi w zasadzie zasypany. I nie nadążał. Trochę się skrzywił, ale to nie był ten wyraz niezadowolenia - ta krzywizna była przekaźnikiem bólu przez nerwy, które przewędrowało przez jego ciało od głowy. - Tracisz... pamięć? - Spróbował złożyć w całość to, czego się dowiedział. No bo skoro przypomniało jej się coś, czego nie było... a Limbo, no tak, normalnie by to połączył, zrozumiałby. Ale teraz nie było normalnie. Mimo to próbował.
- Nie. - Znowu kąciki ust mu zadrgały w uśmiechu, takim sympatycznym. - Świat magii... nie zna na to leku. - I chyba dlatego Cruciatus był najbardziej obrzydliwą z klątw, jaka była stosowana. Bo nie można było się przed nią bronić, a ludzie tracili od niej zmysły. - Mooże byyć. - Zabrzmiało to nad wyraz wręcz leniwie i prawie beztrosko. Szczególnie z tym uśmiechem. Spróbował lekko wzruszyć ramionami, ale w efekcie tylko przesunął ręce i trochę się zsunął z oparcia. - Teraz jest dobrze. Możesz mnie pogłaskać, będzie jeszcze lepiej. - Tak, Sauriel stawał się tykalski tym bardziej, w im gorszym stanie był. Bo przestawał się pilnować. Nie spinał się, nie uważał, nie złościł się. Wszystko było wtedy prostsze. - Cieszę się, że cię poznałem, Viki.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.