14.07.2023, 22:30 ✶
Przegoniwszy wszystkie osoby trzecie z sali była zadowolona z siebie jedynie przez moment; wraz z ciszą, która nastąpiła po trzasku drzwi zamykających się za Bottem, przyszło poczucie, że zachowała się jak pies ogrodnika. Sama nie zje, a drugiemu nie da.
Wiedziała, że wsparciem była żadnym. Moody miał z niej tyle pożytku w tym zakresie, co ze ściany nieopodal - też się mógł o nią oprzeć, równie dużą ilość ciepła mógł od niej uzyskać. Emocjonalnie miały również wiele wspólnego, a ponadto od obydwu wszystko się odbijało - nie tylko krytyka, ale również dobre rady i jeszcze lepsze chęci. Różnica była taka, że ściana nie mogła rzucić mu sarkastycznego komentarza, co przegoni z pokoju jego przebodźcowaną przyjaciółkę, bez której ingerencji nie spotkaliby się dziś w sali szpitalnej, a raczej na cmentarzu. A więc, bądź co bądź, w ostatecznym rozrachunku ściana wygrywała.
Eden nici powiązań nie widziała, toteż nie miała pojęcia, że serce Alastora jest rozdarte pomiędzy jedną a drugą. Vice versa; on też nie był świadomy, że Lestrange mimo wszystko tkwi w swoim małżeństwie nie tylko z przymusu, ale i z bliżej nieokreślonego uczucia. Nie była pewna, czy to nienawiść, czy miłość, ale wiedziała, że było to podszyte swoistą nostalgią, która dawała wrażenie domu. Nie chciała z niego rezygnować, ale jednocześnie każdy powrót doń łączył się z bólem w głębi klatki piersiowej, który wyciskał dech z piersi. Alek czegoś takiego nie powodował.
Toteż ich dwójkę łączyło właśnie to niezręczne uczucie, że robią coś głupiego, coś tak niedorzecznego, że wstyd w lustro spojrzeć, a jednak brnęli w to dalej. Spontaniczne osoby pewnie machnęłyby już na to ręką, stwierdziły, że los zadecyduje, co ma być, to będzie. Ale nie oni. Oni potrzebowali kontroli, chorobliwej ilości kontroli. Szaleństwo rodziło się z tego, że czuli, jak ją tracili i nie wiedzieli, jak to zatrzymać.
Wzdrygnęła się nieco, gdy uderzył w stolik. Zdawała sobie sprawę, że był skory do wybuchów w gniewie, ale i tak zawsze ją tym zaskakiwał. Prawie zatoczyła się do tyłu, ale złapał ją w porę, zawsze czujny. Nawet kiedy jego własny świat walił się na jego oczach.
- Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. Jeśli nie zwalniasz ani na moment, twój organizm prędzej czy później zrobi to za ciebie - zaczęła spokojnie, patrząc na niego nieco chmurnym spojrzeniem. - Acz przymusowo i prawdopodobnie w najmniej dogodnym dla ciebie momencie. - Z jednej strony nie chciała wcierać soli w rany, ale Eden nie nadawała się na pocieszycielkę. Pragnęła zwrócić jego uwagę na to, że nie miał najmniejszego wpływu na swój wybuch i jego reakcja była w pełni oczekiwana. Lestrange miała absolutnie w nosie, czy płakał, czy nie - jej opinia o Moodym pozostawała taka sama. Był niedorzecznie dobrym człowiekiem, który szuka ukojenia w złych miejscach. Poza tym mówiła z autopsji. Jeszcze nie tak dawno również wybuchła płaczem przed Williamem i nie pamiętała, kiedy ostatnio było jej tak niebosko wstyd jak wtedy. Doskonale rozumiała, co teraz czuł.
- Nie zbawisz całego świata, choć wiem, że będziesz próbował. - Wolną rękę lekko wsparła na jego mokrym policzku, by zwrócić twarz Alastora ku sobie. Chciała spojrzeć mu w oczy, upewnić się, że dotarze do niego przekaz. - Jak padniesz z wycieńczenia, czy fizycznego, czy psychicznego, nie uratujesz nikogo więcej. Nie będzie cię dla Idy, kiedy już się obudzi. Tylko złego diabli nie biorą, ta maksyma ciebie nie dotyczy - wyjaśniła, patrząc świdrującym wzrokiem prosto w jego oczy. Nie miała zamiaru odpuścić mu tak łatwo, choć zdawała sobie sprawę, że powstrzymywanie Alastora od pracy zakrawa na walkę z wiatrakami i to jeszcze po omacku. - Do żadnego biura jutro nie wracasz - zarządziła niczym najgorsza matka, po czym wsparła się na jego kolanach rękoma, by stanąć na równych nogach. Nie planowała jednak wisieć nad nim niczym sęp; przyciągnęła go do siebie, otaczając go jednym ramieniem. Ludzie potrzebujący wsparcia się obejmują, czyż nie?
Wiedziała, że wsparciem była żadnym. Moody miał z niej tyle pożytku w tym zakresie, co ze ściany nieopodal - też się mógł o nią oprzeć, równie dużą ilość ciepła mógł od niej uzyskać. Emocjonalnie miały również wiele wspólnego, a ponadto od obydwu wszystko się odbijało - nie tylko krytyka, ale również dobre rady i jeszcze lepsze chęci. Różnica była taka, że ściana nie mogła rzucić mu sarkastycznego komentarza, co przegoni z pokoju jego przebodźcowaną przyjaciółkę, bez której ingerencji nie spotkaliby się dziś w sali szpitalnej, a raczej na cmentarzu. A więc, bądź co bądź, w ostatecznym rozrachunku ściana wygrywała.
Eden nici powiązań nie widziała, toteż nie miała pojęcia, że serce Alastora jest rozdarte pomiędzy jedną a drugą. Vice versa; on też nie był świadomy, że Lestrange mimo wszystko tkwi w swoim małżeństwie nie tylko z przymusu, ale i z bliżej nieokreślonego uczucia. Nie była pewna, czy to nienawiść, czy miłość, ale wiedziała, że było to podszyte swoistą nostalgią, która dawała wrażenie domu. Nie chciała z niego rezygnować, ale jednocześnie każdy powrót doń łączył się z bólem w głębi klatki piersiowej, który wyciskał dech z piersi. Alek czegoś takiego nie powodował.
Toteż ich dwójkę łączyło właśnie to niezręczne uczucie, że robią coś głupiego, coś tak niedorzecznego, że wstyd w lustro spojrzeć, a jednak brnęli w to dalej. Spontaniczne osoby pewnie machnęłyby już na to ręką, stwierdziły, że los zadecyduje, co ma być, to będzie. Ale nie oni. Oni potrzebowali kontroli, chorobliwej ilości kontroli. Szaleństwo rodziło się z tego, że czuli, jak ją tracili i nie wiedzieli, jak to zatrzymać.
Wzdrygnęła się nieco, gdy uderzył w stolik. Zdawała sobie sprawę, że był skory do wybuchów w gniewie, ale i tak zawsze ją tym zaskakiwał. Prawie zatoczyła się do tyłu, ale złapał ją w porę, zawsze czujny. Nawet kiedy jego własny świat walił się na jego oczach.
- Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. Jeśli nie zwalniasz ani na moment, twój organizm prędzej czy później zrobi to za ciebie - zaczęła spokojnie, patrząc na niego nieco chmurnym spojrzeniem. - Acz przymusowo i prawdopodobnie w najmniej dogodnym dla ciebie momencie. - Z jednej strony nie chciała wcierać soli w rany, ale Eden nie nadawała się na pocieszycielkę. Pragnęła zwrócić jego uwagę na to, że nie miał najmniejszego wpływu na swój wybuch i jego reakcja była w pełni oczekiwana. Lestrange miała absolutnie w nosie, czy płakał, czy nie - jej opinia o Moodym pozostawała taka sama. Był niedorzecznie dobrym człowiekiem, który szuka ukojenia w złych miejscach. Poza tym mówiła z autopsji. Jeszcze nie tak dawno również wybuchła płaczem przed Williamem i nie pamiętała, kiedy ostatnio było jej tak niebosko wstyd jak wtedy. Doskonale rozumiała, co teraz czuł.
- Nie zbawisz całego świata, choć wiem, że będziesz próbował. - Wolną rękę lekko wsparła na jego mokrym policzku, by zwrócić twarz Alastora ku sobie. Chciała spojrzeć mu w oczy, upewnić się, że dotarze do niego przekaz. - Jak padniesz z wycieńczenia, czy fizycznego, czy psychicznego, nie uratujesz nikogo więcej. Nie będzie cię dla Idy, kiedy już się obudzi. Tylko złego diabli nie biorą, ta maksyma ciebie nie dotyczy - wyjaśniła, patrząc świdrującym wzrokiem prosto w jego oczy. Nie miała zamiaru odpuścić mu tak łatwo, choć zdawała sobie sprawę, że powstrzymywanie Alastora od pracy zakrawa na walkę z wiatrakami i to jeszcze po omacku. - Do żadnego biura jutro nie wracasz - zarządziła niczym najgorsza matka, po czym wsparła się na jego kolanach rękoma, by stanąć na równych nogach. Nie planowała jednak wisieć nad nim niczym sęp; przyciągnęła go do siebie, otaczając go jednym ramieniem. Ludzie potrzebujący wsparcia się obejmują, czyż nie?
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~