Chyba właśnie z tego powodu rody czystej krwi trzymały się raczej swojego towarzystwa. Seniorzy poszczególnych rodzin czerpali z zachowań zaobserwowanych u swych sojuszników, a młodsze pokolenia znajdowały jako takie ukojenie w towarzystwie, które rozumiało ich problemy i troski. Jak czystokrwiści mogliby znaleźć wspólny język z mugolakami, czy nawet czarodziejami półkrwi, gdy ich życia były tak drastycznie od siebie różne? Mur, który ich dzielił ,był wysoki. Wspinaczka po nim wymagały dokładności i odpowiednich umiejętności, a przebicie go ogromnej siły. A niektórzy nie mieli ani jednego, ani drugiego, toteż nawet nie próbowali swych sił w tym wyzwaniu.
— Działamy już od dłuższego czasu, czyż nie? — Uniósł lekko brwi. Może nie wysyłali biuletynu informacyjnego Ministerstwu, ale ich obecność w kraju trudno było zignorować. — Co chwilę piszą o którejś z akcji Śmierciożerców w gazetach. Aurorzy wysłali tu jakąś ochronę, może kowen sięgnął po siły natury? — Wzruszył lekko ramionami. — Zresztą nie wiem... Równie dobrze ta wichura, o której gadają, to mógł być efekt jakiegoś zaklęcia, które zareagowało z innymi. Albo Śmierciożercy próbowali odwrócić uwagę.
Najwidoczniej żadne z nich nie uznało za stosowne, aby wziąć udział w podstawowym kursie pierwszej pomocy, skoro mieli problem nawet ze stwierdzeniem zgonu. To powinno być łatwe, prawda? Albo ktoś żył, albo nie żył, a tutaj wychodziły jakieś problemy i komplikacje. Rabastan zmełł przekleństwo w ustach, spoglądając z lekkim zawodem na przyjaciółkę.
— Nie obraź się, belle, ale czego oni was nauczyli w tym pogotowiu? — rzucił z autentyczną ciekawością. Jej formacja miała w nazwie „Pogotowie Ratunkowe”, czy to się nie powinno rozumieć samo przez się, że przygotowywali pracowników do tego, aby ratować innych?— Normalni ludzie zazwyczaj oddychają, gdy żyją. — Podrapał się po głowie. — Też możliwe. Chociaż musiałby sporo w siebie wlać, żeby tak daleko zajść przed atakiem. Pijany pewnie by się potykał o własne nogi. — Włosy Rabastana pociemniały, przyjmując barwę zbliżoną do loków Bellatriks. — Skoro tak po prostu leży i nie reaguje, to chyba można go uznać za martwego.
Pokiwał głową. Był podobnego zdania. Zostawienie mężczyzny na pastwę losu bez opieki było najgorszą możliwą opcją. Skoro w lesie buszował jeden stwór, to kto wie, co jeszcze mogło się chować po okolicznych krzakach? Nawet jeśli nie dorwie go coś z przewodnika po magicznych stworzeniach, to zwykłe zwierzęta też mogłyby nabrać na niego ochoty. Wzdrygnął się na samą myśl. Dobrze, że znaleźli go pierwsi.
— Robi się — przytaknął, widząc jej spojrzenie. Wycelował różdżką w unoszący się w powietrzu worek i wzmocnij zaklęcie.
Ich dalsze poszukiwania przypominały swoisty pochód pogrzebowy; ciało czarodzieja lewitowało środkiem dróżki, a Bella i Rabastan szli po bokach, stabilizując zaklęcie, które rzucili. Co jeszcze ich czeka w tym lesie, zanim postanowią wrócić do obozu?
!E5