Kwestia posłuchu u Sauriela zawsze była kwestią sporną. Jednocześnie zawsze robił to, co do niego należy. Nie zawalał misji, nie uciekał, nie... nie uciekał. Między odwagą a głupotą była cienka linia, a u niego była wręcz nieistniejąca. Pozwalał dwóm aspektom zlewać się ze sobą - nie miał się ani za odważnego, ani za głupiego. Nie uważał się też jednak za tchórza ani za geniusza. Obejmując miejsce pośrodku, w szarości, odkrywało się skupisko obojętności wobec kilku elementów: a) tego, że "ci na górze" będą na ciebie źli, b) tego, że możesz stracić życie, oraz c) tego, że były rzeczy ważniejsze w życiu niż znalezienie się w bezpiecznym i (nie)ciepłym grajdołku Śmierciożerców. Jeśli nie żyłeś dla osób, oraz z osobami, które okazały chociaż odrobinę czegoś dobrego sobą, w swoim życiu, to właściwie po co było już żyć? Równie dobrze można spaść - i pozwolić sobie na zupełny niebyt.
Sauriel powoli się cofał. Kroczek za kroczkiem, które nie były rytmiczne ani miarowe. Jedną nogę przesuwał wolno w tył, by zatrzymać się w bezruchu, spoglądając w przestrzeń przed sobą. Tam, gdzie było COŚ, a czego jego oczy zupełnie nie wychwytywały. Trzymając różdżkę w pogotowiu oraz wróżki w kieszeni (bo je tam schował, żeby wariatkom się nic nie stało mówiąc im, żeby siedziały grzecznie i cicho, dopóki bezpiecznie nie będzie) gotów był pluć przed siebie wszystkim, co by tylko wpadło do jego łba. A że zbyt kreatywny nie był w czarotwórstwie to skazany był na ograniczony repertuar. Na szczęście nikt nie punktował go za styl. ... nikt poza wróżkami, ale one już miały swoje przedstawienie. I choć nerwowo drżała mu dłoń co jakiś czas to nie wypuszczał z tego magicznego patyka wiązek energii tkanych w cokolwiek, co powstrzymałoby te paskudztwa przed zbliżaniem się. Dlaczego? Ano przecież dlatego, że ciągle wierzył, że jeszcze będzie się musiał przedzierać naprzód, żeby się przekonać, czy nie ma tam Stanleya. Albo wyjątkowo szybko spierdalać w tył, jeśli wszystko jebnie i zamiast Stanleya wypadną tutaj aurorzy.
No jak ktoś nagle pojawił się na polanie to chyba nic dziwnego, że ta ręka drgnęła mu o wiele mocniej, gotowa uderzyć..! Ale nie. Napięte do granic mięśnie minimalnie się rozluźniły, a on, gdyby tylko był w stanie, westchnąłby z ulgą. Oto i znajoma morda mordeczka. Ta sama, na którą tyle tu czekał. Jakieś dwa wieki, jeśli nie pomylił się w liczeniu. A liczyć to umiał tylko na siebie, więc jak można się domyślić - z matmy był przez to całkiem dobry. Albo chujowy - w zależności, jak na to patrzeć.
Sauriel wyszedł szybkim krokiem w kierunku Stanleya i zsunął maskę z twarzy, żeby ukazać się w całej swojej... no dobra, niekoniecznie całej okazałości - zaklęcie sznurujące mordę puszczało, ale nadal jego usteczka były nie do końca takie, jak być powinny. Nie musiał nic mówić. Zblazowane, czarne oczy Sauriela były teraz wkurwione, brwi ściągnięte i jeszcze machał łapami, jakby właśnie opierdalał Stanleya z góry na dół. Na szczęście dla Stanleya - w błogosławionej ciszy! Tyle wygrać. A na koniec wywrócił tylko oczami, kiedy Stanley wspomniał, że "uważaj, bo w lesie jest coś złego..!". Tak, W LESIE. W lesie oprócz tych badziewi byli aurorzy, tak podejrzewał. Co było plusem - pewnie aurorzy bardziej zajmą się tym, albo przynajmniej TO COŚ ich odgoni. Złapał Stanleya za kołnierz i pomógł mu się wyprostować. Rozumiał, że ludzie byli narażeni na zmęczenie, nadal pamiętał to uczucie zadyszek i innych takich, ale teraz nie mieli na to czasu. Frustrowało go to, że Stanley był taki zziajany. Bo co miał zrobić, wziąć go na plecki? No, w ostateczności był w stanie, ale na razie się chłop trzymał. Sauriel machnął ręką poganiająco, lekko nawet gotów był pociągnąć mężczyznę, żeby mu pokazać (tak jakby miał nie rozumieć), że nie czas to, ni miejsce na pogawędki. Teraz czas na pościgi i wybuchy, a w domu na naleśniki, jak to wielki mędrzec powiadał. Chyba pochodził z jakiegoś egzotycznego kraju o nazwie "Polszka".
Sauriel spojrzał na niebo, żeby mniej więcej określić ich położenie i skierować się w stronę... bezpieczną*? Najlepiej kryjówki Śmierciożerców. Ale priorytetem było dostanie się tam, gdzie będzie bezpiecznie. Czyli najdalej od tego wysysającego życie paskudztwa. Obrócił się, by postawić między sobą a tymi kreaturami, których nie widział, ścianę ognia paroma pociągnięciami różdżki. Albo przynajmniej spróbował to zrobić.
*4• wiedza o świecie
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.