09.07.2023, 19:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2023, 19:38 przez Alanna Carrow.)
Twarz kobiety stężała, gdy wspomniał o nim. No tak, przyznała się wczoraj do istnienia kogoś, dla kogo biło jej serce. Chwila słabości, której teraz pożałowała – bo w tym świecie, w tych kręgach, których przyszło jej teraz żyć, tak naprawdę nie mogła ufać. Nie, nie zdradziła tożsamości tego, kogo kochała, ale na upartego…
… sam fakt, że kochała, mógł dać wskazówkę, gdzie bolało najbardziej. Gdzie należało nacisnąć, żeby zmusić do posłuszeństwa. Chwila słabości – przeklęta. Cóż, mleko się rozlało… i zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem pomysł wyczyszczenia Rookwodowi pamięci nie był znowu taki niegłupi. W lesie, bez świadków, zawsze mogła zwalić na jakieś tajemnicze istoty, gdyby coś poszło nie tak, prawda…?
Odsunęła chwilowo tę myśl na bok.
- Wedle mojej wiedzy przeżył – mruknęła łagodniej. Tak, tyle zdążyła się dowiedzieć, przez co mogła odetchnąć z ulgą. I tak, prawdopodobnie, gdyby się okazało, że Stewarda już nie ma wśród chodzących po tym świecie, to bez namysłu podążyłaby za nim.
I tak już nie żyła, wiedziała, że śmierć nie jest tak okropna, nie należy jej się bać. Więc po co miałaby się kurczowo trzymać tego ciała, w którym i tak tkwić nie chciała, skoro świat dosłownie straciłby sens, jedyny powód, dla którego przed rokiem powróciła na tę stronę Zasłony…?
- Ona też przeżyła, prawda? – spytała po krótkiej chwili. W końcu Ulysses też kogoś miał, przypomniała sobie, nie wyglądał niby na kogoś, kto miałby życie uczuciowe, ale… to nie znaczyło, że nie miał tej innej twarzy, zwykle niedostępnej. Bo miał. I ujrzała ją wczoraj.
Nie zauważyła śladów krwi na ściółce – czerwień niestety była tym kolorem, z którym miała w tym życiu przeogromny problem. Czerwień i zieleń – bo to też nie tak, że pod nogami mieli wydeptane, brązowe ścieżki i sterty patyków i kamieni; nie, mech też przecież porastał ziemię, nie mówiąc już o pomniejszych roślinach.
Czerwień i zieleń zlewały się w jedno.
Szła po prostu za Ulyssesem, rozglądając się po otoczeniu, szukając istot, które mogłyby im zagrozić oraz osób potrzebujących pomocy. Aż w końcu…
… znaleźli, lecz na pomoc dla niej było o wiele za późno.
Wyskrobany napis? Łamał serce. Taka młoda. Zmarnowane życie, w imię czego…? Nie potrzebowała ostrzeżenia Ulyssesa, żeby się nie śmiać, nie szydzić, cokolwiek. Chciała wierzyć, że nawet prawdziwa Carrow nie byłaby tak pierdolnięta, żeby w takiej chwili być w pełni sobą.
- I to ma być wspaniały plan Czarnego Pana…? – szepnęła, z wyraźną goryczą w głosie. Słowa nielicujące z godnością śmierciożerczyni, ale…
- Pomogę – obiecała krótko, bez rozwodzenia się, bez niepotrzebnego paplania. Naprawdę nie potrzebowali tu więcej słów. Po prostu… ruszyła z powrotem, starając się mieć oczy dookoła głowy, za ich oboje jednocześnie.
… sam fakt, że kochała, mógł dać wskazówkę, gdzie bolało najbardziej. Gdzie należało nacisnąć, żeby zmusić do posłuszeństwa. Chwila słabości – przeklęta. Cóż, mleko się rozlało… i zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem pomysł wyczyszczenia Rookwodowi pamięci nie był znowu taki niegłupi. W lesie, bez świadków, zawsze mogła zwalić na jakieś tajemnicze istoty, gdyby coś poszło nie tak, prawda…?
Odsunęła chwilowo tę myśl na bok.
- Wedle mojej wiedzy przeżył – mruknęła łagodniej. Tak, tyle zdążyła się dowiedzieć, przez co mogła odetchnąć z ulgą. I tak, prawdopodobnie, gdyby się okazało, że Stewarda już nie ma wśród chodzących po tym świecie, to bez namysłu podążyłaby za nim.
I tak już nie żyła, wiedziała, że śmierć nie jest tak okropna, nie należy jej się bać. Więc po co miałaby się kurczowo trzymać tego ciała, w którym i tak tkwić nie chciała, skoro świat dosłownie straciłby sens, jedyny powód, dla którego przed rokiem powróciła na tę stronę Zasłony…?
- Ona też przeżyła, prawda? – spytała po krótkiej chwili. W końcu Ulysses też kogoś miał, przypomniała sobie, nie wyglądał niby na kogoś, kto miałby życie uczuciowe, ale… to nie znaczyło, że nie miał tej innej twarzy, zwykle niedostępnej. Bo miał. I ujrzała ją wczoraj.
Nie zauważyła śladów krwi na ściółce – czerwień niestety była tym kolorem, z którym miała w tym życiu przeogromny problem. Czerwień i zieleń – bo to też nie tak, że pod nogami mieli wydeptane, brązowe ścieżki i sterty patyków i kamieni; nie, mech też przecież porastał ziemię, nie mówiąc już o pomniejszych roślinach.
Czerwień i zieleń zlewały się w jedno.
Szła po prostu za Ulyssesem, rozglądając się po otoczeniu, szukając istot, które mogłyby im zagrozić oraz osób potrzebujących pomocy. Aż w końcu…
… znaleźli, lecz na pomoc dla niej było o wiele za późno.
Wyskrobany napis? Łamał serce. Taka młoda. Zmarnowane życie, w imię czego…? Nie potrzebowała ostrzeżenia Ulyssesa, żeby się nie śmiać, nie szydzić, cokolwiek. Chciała wierzyć, że nawet prawdziwa Carrow nie byłaby tak pierdolnięta, żeby w takiej chwili być w pełni sobą.
- I to ma być wspaniały plan Czarnego Pana…? – szepnęła, z wyraźną goryczą w głosie. Słowa nielicujące z godnością śmierciożerczyni, ale…
- Pomogę – obiecała krótko, bez rozwodzenia się, bez niepotrzebnego paplania. Naprawdę nie potrzebowali tu więcej słów. Po prostu… ruszyła z powrotem, starając się mieć oczy dookoła głowy, za ich oboje jednocześnie.