09.07.2023, 19:11 ✶
Ulysses zmarszczył brwi, jakby spodziewał się od Alanny jakiejś innej odpowiedzi. Bo chyba się spodziewał. Nie wiedział czemu, ale im dłużej myślał nad sprawą związaną z ulotkami, tym bardziej był przekonany, że… że właściwie co? Że i jej nie podobał się pomysł posyłania losowych mugoli jako tarcze dla śmierciożerców? Przecież to wcale nie musiało być tak. Równie dobrze mogła pojawić się tam wczoraj by go sprawdzić. Nawet przysłana przez jego ojca.
- Hurra – rzucił w końcu, mało przyjemnym tonem i kompletnie pozbawionym wesołkowatości. Ale Rookwood nigdy się specjalnie nie uśmiechał. Jego ton nie musiał więc świadczyć o niczym konkretnym. – No nie wiem. Pomyślałem, że może zginął – powiedział po dłuższej chwili, nawiązując do człowieka, o którego istnieniu (nieistnieniu?) w życiu w Carrow dowiedział się zaledwie wczoraj. – Ale to dobrze, że nie zginął.
Ulysses założył, że gdyby chłopak Alanny zmarł, nie byłaby w tej chwili w stanie iść z nim do kniei. Może był w tym myśleniu trochę zbyt optymistyczny, bo założył – po prostu – że zachowałaby się dokładnie jak on, a on – gdyby Danielle przez niego zginęła – chyba nie potrafiłby się nawet poruszyć.
Zmrużył oczy, gdy zobaczył ślady krwi na ściółce leśnej. Zamrugał, wcale nie chcąc znaleźć ciała. Ruszył, kierując się śladami juchy. Słyszał kroki Alanny obok siebie.
- Kurwa mać - zaklął cicho, gdy znaleźli zwłoki kobiety. Patrzył na wyskrobany przez nią napis, na rozsypane na ziemi włosy, na pokrwawioną sylwetkę zmarłej. Kurwa mać. Nie można było powiedzieć wiele więcej.
Przykucnął obok zmarłej. Z dziwną jak na siebie czułością, odgarnął jej z twarzy włosy. Posłał swojej towarzyszce ciężkie, ostrzegawcze spojrzenie. Nie śmiej się. Nie żartuj. Po prostu pozwól mi ją odnieść na polanę – mówiły jego oczy.
A potem dźwignął martwą kobietę. Podniósł się z ziemi ciężko. Jak dobrze, że nie weszli zbyt głęboko do lasu. Ciało trochę ważyło a młody Rookwood miał zapamiętać jego wagę już na zawsze.
- Jeśli jej nie utrzymam, po prostu pomagaj mi czarami – poprosił Alannę.
Miał zacięty, nieprzenikniony wyraz twarzy, gdy szedł do wyjścia z lasu.
- Hurra – rzucił w końcu, mało przyjemnym tonem i kompletnie pozbawionym wesołkowatości. Ale Rookwood nigdy się specjalnie nie uśmiechał. Jego ton nie musiał więc świadczyć o niczym konkretnym. – No nie wiem. Pomyślałem, że może zginął – powiedział po dłuższej chwili, nawiązując do człowieka, o którego istnieniu (nieistnieniu?) w życiu w Carrow dowiedział się zaledwie wczoraj. – Ale to dobrze, że nie zginął.
Ulysses założył, że gdyby chłopak Alanny zmarł, nie byłaby w tej chwili w stanie iść z nim do kniei. Może był w tym myśleniu trochę zbyt optymistyczny, bo założył – po prostu – że zachowałaby się dokładnie jak on, a on – gdyby Danielle przez niego zginęła – chyba nie potrafiłby się nawet poruszyć.
Zmrużył oczy, gdy zobaczył ślady krwi na ściółce leśnej. Zamrugał, wcale nie chcąc znaleźć ciała. Ruszył, kierując się śladami juchy. Słyszał kroki Alanny obok siebie.
- Kurwa mać - zaklął cicho, gdy znaleźli zwłoki kobiety. Patrzył na wyskrobany przez nią napis, na rozsypane na ziemi włosy, na pokrwawioną sylwetkę zmarłej. Kurwa mać. Nie można było powiedzieć wiele więcej.
Przykucnął obok zmarłej. Z dziwną jak na siebie czułością, odgarnął jej z twarzy włosy. Posłał swojej towarzyszce ciężkie, ostrzegawcze spojrzenie. Nie śmiej się. Nie żartuj. Po prostu pozwól mi ją odnieść na polanę – mówiły jego oczy.
A potem dźwignął martwą kobietę. Podniósł się z ziemi ciężko. Jak dobrze, że nie weszli zbyt głęboko do lasu. Ciało trochę ważyło a młody Rookwood miał zapamiętać jego wagę już na zawsze.
- Jeśli jej nie utrzymam, po prostu pomagaj mi czarami – poprosił Alannę.
Miał zacięty, nieprzenikniony wyraz twarzy, gdy szedł do wyjścia z lasu.