Pierwsze osoby uratowane. Do Martina powoli docierało, co właściwie uczynił. Gdyby nie on... Ktoś inny uratowałby kapłankę z dzieckiem. Przecież było tu od groma ochotników. Ale może inni pojawiliby się zbyt późno? A czy Bell i Dellian sami poradziliby sobie z tym zadaniem? Crouch tak łatwo nie uwierzyłby, że dokonał szlachetnego czynu. Musiał przemielić w to umyśle. Właściwie to nic wielkiego nie zrobił. To jak pomoc staruszce, której jabłka wysypały się z koszyka. Zwykła ludzka uprzejmość. Tak, zdecydowanie.
— Tak... — odpowiedział wyrwany z zamyślenia. Wtedy też Dellian uderzył w drzewo. Jak ciężko musiało być temu chłopakowi odnajdywać się w życiu codziennym. Zdawał się zakłopotany, tak więc Crouch postanowił nie tworzyć wokół tego większego zamieszania. Podszedł tylko bliżej i spytał, czy nic mu nie jest.
Jeśli wszystko było w porządku, ruszyli dalej. Martin postanowił wrócić do poprzedniego punktu i stamtąd wejść jeszcze głębiej do lasu. Był ciekawy, czy może natkną się w którymś momencie na znane mu z wczorajszego wieczora miejsca. Może spotka swoją nową, tajemniczą znajomą...
!B5