09.07.2023, 15:23 ✶
Zwisając w rękach Martina, Bell wyglądał i czuł się bardzo swobodnie. Jako pieszczoch ludzi przywykł do tego, że był regularnie podnoszony. Dopóki nikt nie brał sobie możliwości ściskania go jako czegoś, co mu się należało z marszu, a bardziej jako niesamowity przywilej jaki kot mu ofiarował w zamian za wieczną służbę, nie zamierzał nikogo drapać.
Miauknął głośno, kiedy kapłanka dotknęła jego głowy.
- Masz wielkie szczęście, że trafiłaś akurat na nas, hehe - powiedział, mrucząc intensywniej. Czuł, że dziecko żyje, nie panikował więc szczególnie, a że charakter miał nieco zadziorny, nie darował sobie rzucania w jej kierunku licznymi zaczepkami. - Ładną masz tę sukienkę, taki najnowszy krzyk mody w workach z pomocy dla powodzian. NO ŻARTOWAŁEM NO, NIE PUSZ SIĘ TAK JUŻ. Trzeba było mnie nie dotykać bez pozwolenia.
Powróciwszy z kapłanką do Doliny, przekazali dzieciątko uzdrowicielkom, które błyskawicznie oczyściły je z czarnej sierści i zabrały je do namiotu uzdrowicieli. Bell nie powiedział tego głośno, ale cieszył się, że ludzkie szczenię przeżyło tę podróż. Zakładając, że jego rodzice nie wisieli gdzieś tam martwi na drzewach, czeka je pewnie całkiem dobre życie. A jak wisieli, to czekało je całkiem średnie życie, bo kto by chciał wychowywać się w sierocińcu, ale ostatecznie lepsze to niż śmierć... Chyba...
- W gruncie rzeczy - zaczął Bell, znów ocierając się bokiem o nogawkę Martina - zmarnowaliśmy tu trochę czasu, mogliśmy zabrać ich dalej ze sobą. Gdybym mu upolował jakiegoś ptaka, to pewnie by dożył.
Miauknął głośno, kiedy kapłanka dotknęła jego głowy.
- Masz wielkie szczęście, że trafiłaś akurat na nas, hehe - powiedział, mrucząc intensywniej. Czuł, że dziecko żyje, nie panikował więc szczególnie, a że charakter miał nieco zadziorny, nie darował sobie rzucania w jej kierunku licznymi zaczepkami. - Ładną masz tę sukienkę, taki najnowszy krzyk mody w workach z pomocy dla powodzian. NO ŻARTOWAŁEM NO, NIE PUSZ SIĘ TAK JUŻ. Trzeba było mnie nie dotykać bez pozwolenia.
Powróciwszy z kapłanką do Doliny, przekazali dzieciątko uzdrowicielkom, które błyskawicznie oczyściły je z czarnej sierści i zabrały je do namiotu uzdrowicieli. Bell nie powiedział tego głośno, ale cieszył się, że ludzkie szczenię przeżyło tę podróż. Zakładając, że jego rodzice nie wisieli gdzieś tam martwi na drzewach, czeka je pewnie całkiem dobre życie. A jak wisieli, to czekało je całkiem średnie życie, bo kto by chciał wychowywać się w sierocińcu, ale ostatecznie lepsze to niż śmierć... Chyba...
- W gruncie rzeczy - zaczął Bell, znów ocierając się bokiem o nogawkę Martina - zmarnowaliśmy tu trochę czasu, mogliśmy zabrać ich dalej ze sobą. Gdybym mu upolował jakiegoś ptaka, to pewnie by dożył.