09.07.2023, 15:06 ✶
Moody momentalnie się zaczerwienił. Był człowiekiem zbyt prostym, żeby nie dać się podpuszczać takim uśmiechom, w dodatku nie mógł darować sobie tego, jak łatwo było go rozgryźć. Trochę za łatwo, jak na aurora, ale... No nie będzie się tu teraz miotał, bo w gruncie rzeczy sympatia do Eden nie była czymś z czym się po tylu latach współpracy musiał kryć w jakiś karkołomny sposób, a i miał teraz gorsze problemy niż zabawa w zakochanego nastolatka. Jego bliscy byli gdzieś tam - głęboko w tej głuszy, czekali na jego pomoc - miał się przejmować tym, że Malfoy coś sobie pomyślał? Nawet gdyby zechciał się na tym skupić na dłużej niż wypadało przy tych okolicznościach, nie dane im to było - przyszło im za to znów zmierzyć się z tym panicznym lękiem.
Czy stali za tym dementorzy?
- Nie wiem co mieliby tu robić, nie wiem nawet czy to byli dementorzy, po prostu... To był taki strach i chłód nie do opisania. Nie poradziła sobie z nim nawet Harper - wyjaśnił im, kiedy byli jeszcze na początku podróży. - Kiedy się kryliśmy przed wiatrem, cokolwiek to było, uciekaliśmy tak przerażeni, że prawie stratowałem członka ekipy ratunkowej, bo myślałem, że to jakieś zwidy. Dlatego pewnie odrzucili tylu chętnych do poszukiwań rannych...
Panika, w którą wpadł, przypomniała mu jeszcze więcej scen z Polany Ognisk, ale nie miał już jak się nimi podzielić.
- Serce mi wali jak szalone - powiedział, zatrzymując się przy jakimś drzewie i patrząc w tył. Widział wyraźnie Malfoya, który dotrzymywał mu kroku. Nie był wcale taki powolny jak myślał, skoro wyprzedził w takim panicznym biegu Botta pracującego ciężko na swoim gospodarstwie. I chociaż taka myśl mu przez głowę przeszła, głośno tego nie skomentował. Zwłaszcza, że się zorientował, że Bott został w tyle. - Widzisz go gdziekolwiek? - Zapytał, oddychając ciężko po szybkim sprincie, do którego się zerwał przed chwilą. - Nie czuję już tego cholernego lęku, ale... - bał się o Botta. Zdania nie dokończył.
Czy stali za tym dementorzy?
- Nie wiem co mieliby tu robić, nie wiem nawet czy to byli dementorzy, po prostu... To był taki strach i chłód nie do opisania. Nie poradziła sobie z nim nawet Harper - wyjaśnił im, kiedy byli jeszcze na początku podróży. - Kiedy się kryliśmy przed wiatrem, cokolwiek to było, uciekaliśmy tak przerażeni, że prawie stratowałem członka ekipy ratunkowej, bo myślałem, że to jakieś zwidy. Dlatego pewnie odrzucili tylu chętnych do poszukiwań rannych...
Panika, w którą wpadł, przypomniała mu jeszcze więcej scen z Polany Ognisk, ale nie miał już jak się nimi podzielić.
- Serce mi wali jak szalone - powiedział, zatrzymując się przy jakimś drzewie i patrząc w tył. Widział wyraźnie Malfoya, który dotrzymywał mu kroku. Nie był wcale taki powolny jak myślał, skoro wyprzedził w takim panicznym biegu Botta pracującego ciężko na swoim gospodarstwie. I chociaż taka myśl mu przez głowę przeszła, głośno tego nie skomentował. Zwłaszcza, że się zorientował, że Bott został w tyle. - Widzisz go gdziekolwiek? - Zapytał, oddychając ciężko po szybkim sprincie, do którego się zerwał przed chwilą. - Nie czuję już tego cholernego lęku, ale... - bał się o Botta. Zdania nie dokończył.
fear is the mind-killer.