Bell to proste imię i Martin z pewnością je zapamięta. Szedł za kotem, spoglądając co jakiś czas na niewidomego czarodzieja. Starał się być w zasięgu, w razie gdyby ten się potknął, ale jakoś dawał sobie radę ze wskazówkami kota. Widać, że współpracowali ze sobą od dłuższego czasu.
Prośba kota o uciszenie się była niesamowicie zbędna, gdyż szli w milczeniu. Ale może chodziło mu o przydeptywany mech i gałązki?
Dostrzegli swoich pierwszych potrzebujących. Martin posłusznie przetransportował kota, co było dość niezręczne. Nie wiedział jakie są zasady dotykania tego typu stworzeń. Nie chciał czasem musnąć palcem pupki Bella.
Crouch na szczęście nie musiał nic mówić. Wziął koc od Delliana i okrył dziecko szczelnie, zostawiając oczywiście otwór na twarz. Wraz z pomocą Bella szybko powinno wrócić do normy. Dziecko leżało w bezpiecznym gniazdku z kotem. Martin pomógł kapłance wstać. I wtedy zdał sobie sprawę, że gdy niemowlę się trochę podgrzeje, to mu przypadnie rola transportowania go do Doliny. Wyczerpanej kobiecie nie pozwolą go nieść, tym bardziej niewidomemu. Martin powoli zdawał sobie sprawę, jak bezużyteczny jest w tej sytuacji. Nie potrafiłby zamienić kamienia w koc. Nie znał zaklęć ogrzewających. Nie umiał uleczyć zadrapań na ciele kapłanki, ani wyczarować opatrunków. Ale w obecnym składzie wygrywał fizycznością. Nigdy by nie podejrzewał swojego ciała o bycie jego największym atutem.