– Tak, mój też coś tam pozabierał, dlatego jak teraz siedziałam w domu to trochę uzupełniałam zapasy – wymamrotała, już nie komentując tego stwierdzania faktu, który właściwie to nie był prawdziwy. Co zaś tyczyło się ojca Victorii, to jakby nie było – był medykiem pracującym w Mungu, nic więc dziwnego, ze zabrał majdan i pobiegł do Kniei, gdzie robił co mógł. Wrócił do domu nawet później niż Victoria, równie zmęczony co ona – a przez Limbo nie przeszedł. Co zaś się tyczyło Isabelli, czyli matki Victorii – była kobietą, którą trudno było lubić. Do tego stopnia, że od niedawna narzeczony Viki powiedział jej mamie w twarz co o niej myśli. Brenna nie musiała się na ten temat wypowiadać na głos, bo Tori przecież widziała jak jest i w matkę wpatrzona nie była. Miały bardzo napięte relacje jakby nie było.
Nie tak łatwo było za Brenną nadążyć – głównie dlatego, że kroki miała mniejsze, nie była tak wysoka jak Longbottom, a sukienka… nie była aż takim problemem, ostatecznie to nie była wyjściowa mała czarna, a trzymanie jej za materiał by nieco unieść w zupełności wystarczyło. Był to jednak kolejny raz, kiedy pomyślała, że musi popracować nad swoją kondycją, bo bieganie na Beltane było dla niej wystarczająco męczące i nie mogła wszystkiego zwalać na „ojej, za dużo emocji, jestem rozedrgana przez zaręczyny” albo „ojej, Limbo mnie przytyrało”.
– Nie wiem, czy to wichura zniszczyła legowiska stworów i zaczęły szukać nowego domu, przez co są tak blisko, czy szukają jedzenia – zaczęła, bo choć nie była wielką znawczynią magicznych stworzeń, to wiedzę przyrodniczą jednak miała. To były jakieś tam podstawy. – Czy może to przez Voldemorta – i miała tu na myśli cokolwiek zrobił w Limbo. Czy coś wylazło? Czy coś przeszło przez zasłonę pomiędzy żywymi i martwymi? Czy jeszcze coś innego? Jakikolwiek był jednak powód, wypadało coś z tym zrobić, albo wszyscy będą mieli problem. To, co opowiadała Brenna o tym, co znajdowali wokół polany, również nie nastrajało pozytywnie. Było niepokojące. Te nadgryzione ciała… Ach cholera jasna!
Kiedy weszły już za linię drzew, Victoria sięgnęła też po swoją różdżkę i zaczęła się bardzo uważnie rozglądać na boki, bo to, ze jakiś stwór był pięć minut drogi od miejsca, gdzie spotkały mugola, to nie znaczyło, że nadal tam jest, a nie zbliżył się po zapachu, instynkcie czy czymkolwiek.