Na usta cisnęła mu się tylko jedna odpowiedź. To za mało. Błędny Rycerz może i nie miał problemów z tym, aby prężnie przemieszczać się między różnymi dzielnicami Londynu, jednak wtedy przewoził tylko ludzi. Teraz musiał znaleźć miejsce zarówno na towary, jak i na pasażerów. A w tym momencie pewnie nawet osoby zawiadujące działaniami na polanie nie były pewne, czego potrzeba bardziej. Chociaż tyle dobrego, że zawczasu wysłano kogoś do wioski.
— M-można dodać aptekę na P-pokątnej do l-l-listy przystanków następnych transportów — rzucił niepewnie. — Odciążymy minimalnie szpital.
Wprawdzie magazyny św. Munga mogły uchodzić za więcej niż pojemne, jednak czy powinni odcinać główną placówkę medyczną Londynu od zapasów? Z czasem większość rannych i tak zostanie tam przekierowana, a jeśli wtedy wyjdą jakieś braki... Może być ciężko. Teraz jednak Cameron nie wybiegał na tyle daleko w przyszłość, proponując pierwsze, co przyszło mu do głowy. Nie mógłby też zaprzeczyć, że z chęcią wypytałby kierowcę, co się dzieje z jego rodzeństwem i czy któreś było obecne przy przekazaniu zapasów.
— Już sprawdzam! — Jak na komendę, Lupin sprawdził temperaturę swojego pacjenta. — Jest w normie. — Wbił na moment wzrok w plecy Bulstrode, starając się przyswoić kolejne instrukcje, zmieniając nieco swój plan działania. — Robi się.
Sięgnął po eliksir przeciwbólowy, patrząc z niejakim niesmakiem na twarz przestraszonego mężczyzny. Informacja o tym, jak małą ilość specyfiku dostanie, zdecydowanie nie napawała go dużym entuzjazmem. Cameron odwrócił wzrok w bok, chcąc zebrać myśli do kupy.
— Wszystko będzie dobrze. To mocny... ekhm... towar — zapewnił rannego, podsuwając mu odpowiednią dawkę mikstury. Nie mógł być jak manekin, musiał się komunikować z pacjentami, bo kto wie, co się tu jeszcze odwali? Część tych ludzi pewnie dalej była w szoku po tym, czego zaznała ubiegłej nocy. Brak informacji na temat sposobu leczenia pewnie wcale ich nie uspokajała.
W głębi ducha cieszył się, że nie mierzy się z klątwą jak jego szefowa. Zaklęcia rozpraszające zdecydowanie nie były jego największym talentem. Gdyby nie braki kadrowe na polanie, pewnie poprosiłby o jakieś przeniesienie do grupy eliksirowarów. Na to pewnie pora przyjdzie, dopiero gdy ruch się nieco przerzedzi lub przywędruje tu kolejna grupa medyków ze szpitala. Oby się pospieszyli, pomyślał przelotnie, mrucząc pod nosem inkantację zaklęcia oszołamiającego. Otumaniającego? Niwelującego ból? W tej chwili wszystkie te określenia zdawały się do siebie ponadprzeciętnie zbliżone.
Dalej przyszedł czas na doprowadzenia zwichnięcia do porządku i... Szło mu to jak po grudzie. Szeptał pod nosem najróżniejsze przekleństwa przy akompaniamencie jęków pacjentów. Upewnił się, że zaklęcie i eliksir zadziałały, jednak najwidoczniej ból dalej robił swoje. Chyba że był to fantomowy ból, a facet jęczał z przyzwyczajenia.
— Już mało brakuje — poinformował sucho, przecierając pot z czoła jedną ręką, a drugą machając różdżką nad uszkodzoną kończyną. — Uwaga, teraz może być gorzej!
Machnął zamaszyście swoim magicznym patykiem. Mężczyzna krzyknął, jednak po chwili zamilkł, jakby sam zdziwiony tym, że faktycznie odczuł jakieś zmiany w ciele; opadł na poduszki, wgapiając się w zwisające nad nim poły namiotu. Tymczasem Lupin wyczarował magiczną szynę i bandaże, które owinęły się wokół rany.
— Dzięki bogom, że chociaż tego nam nie brakuje — skomentował, przysiadając na moment w nogach łóżka, nie zdając sobie nawet sprawy, że słowa te wygłosił na głos.