Pokręcił stanowczo głową. Czy uważał, że w Hogwarcie robił lepszą robotę niż szkolna pielęgniarka? Oczywiście, że tak. Chociaż zostawił szkołę za sobą już jakiś czas temu, tak nie miał złudzeń, że akurat ta część kadry Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie nadawała się do wymiany. Czy to jednak oznaczało, że leczenie złamań po meczu quidditcha w pokoju wspólnym było jakkolwiek porównywalne do obecnej sytuacji?
— Tam było inaczej — zauważył, a w jego głosie zagościło nietypowe wręcz ciepło, gdy wrócił myślami do czasów szkolnych. Może nie minęło dużo czasu, odkąd opuścił szkolne mury, ale już na tym etapie czuł swego rodzaju nostalgię do czasu spędzonego w Hogwarcie. — Nie mieliście oczekiwań, poza tym, aby „jako tako” wydobrzeć, ja eksperymentowałem, poza tym dormitorium było prawie jak dom. A to? — Rozejrzał się. — Czuję się, jakbyśmy brali udział w konflikcie zbrojnym. Polana wygląda, jakby zrzucił przynajmniej dziesięć Bombard z powietrza.
Czy było to adekwatne porównanie? Jak do tej pory Cameron większość czasu spędził w namiocie, jednak z tego, co zauważył po przybyciu na miejsce wraz z Norą, polana zdecydowanie nie była w najlepszym stanie. Zniszczone stoiska, powyginane i powyrywane z ziemi drzewa i ta niepokojąca atmosfera, jakby coś naruszyło równowagę tego miejsca, o jaką z pieczołowitością od lat dbał kowen.
Skrzywił się na wspomnienie o lataniu. Już by wolał wrócić do Londynu na piechotę, niż wsiadł na miotłę, bez jakichkolwiek dodatkowych zabezpieczeń, mikstur na uspokojenie i chorobę lokomocyjną. W innych okolicznościach może by jakoś przetrzymał podróż powietrzną, ale po tym wszystkim? Wolał nie pokładać zbyt dużej wiary w swoim wrażliwym żołądku.
— Ostatnio czarodzieje coraz częściej sięgają po auta — skomentował niewinnie. — To też jakaś opcja. Może nie najszybsza, ale przynajmniej... przyziemna.
Tak, zdecydowanie przemawiał przez niego lęk wysokości.
— Możesz jeszcze doliczyć poranek — dodał w ramach dosyć słabego usprawiedliwienia. — Nie mam pojęcia, ile w końcu spędziliśmy w tym lesie.
Ciężko było mu określić, jak długo był nieprzytomny po dość twardym lądowaniu. Minęły minuty, czy raczej godziny? Zdarzenia, które miały miejsce w chacie wiedźmy zdawały się przeminąć błyskawicznie szybko, co wydawało się tym bardziej kuriozalne, biorąc pod uwagę, ile zajęło mu dostanie się do domku oraz powrót na Polanę Ognisk.
— To nie było umyślnie. Tak myślę. Patelnia miała obezwładnić złą czarownicę — złożył ręce na piersi. — Oberwałem przy okazji, bo... Bo byłem blisko niej! — Pokiwał głową, słysząc następne słowa dziewczyny. — Jeszcze trochę cię tu zatrzymamy. Wieczorny lub poranny transport być może zabierze cię do Munga na dalsze badania. — Na jego usta wkradł się grymas. — To cię raczej nie pocieszy, ale możesz potrzebować drobnej rehabilitacji. To zawsze jakiś ruch.
Chciał się uśmiechnąć, podszyć swoje słowa podtekstem, sugerując, że zajmie się nią, tak jak z Charlesem mieli w zwyczaju, gdy zamykali się na cztery spusty w jednym pokoju, jednak w tym momencie nie chciał żartować ze stanu dziewczyny. Widział, w jakim stanie trafili tu ludzie znalezieni w lesie i cieszył się, że Heather przynajmniej kontaktuje. Może i była poobijana i niezdolna do wzięcia udziału w poszukiwaniach, ale jej rokowania były dobre. Lepsze niż innych. To na pewno.
— Spójrz na to z innej strony – będziemy się praktycznie codziennie widywać — mruknął pod nosem, bawiąc się palcami Rudej. — Będę na każde twoje zawołanie. No, prawie każde. Chyba że Bulstrode będzie w pobliżu, wtedy mnie pewnie od ciebie przepędzi, żebym zajął się „prawdziwą pracą”, a potem sprawami prywatnymi.
To nie było sprawiedliwe. Może i był młody i trochę głupi... Ale potrafił rozdzielić życie prywatne od zawodowego! Inna sprawa, że do tej pory te dwie sfery udawało mu się jako tako oddzielać bez większych kłopotów, gdyż te zazwyczaj się nie przeplatały. Wbił w Heather nieco skonfundowany wzrok. Jak to będzie, kiedy faktycznie zjawi się na oddziale?