05.07.2023, 11:12 ✶
Zdania, w sprawie tego, co było pilne, najwyraźniej były podzielone. Po pierwszym teście Florence jednak wymaszerowała – bo miała pewność, że badania Mavelle potrwają dużo czasu, i najpierw trzeba będzie przełamać opór pacjentki. Nie to, że jej nie rozumiała. Uzdrowiciele musieli badać ich już na wszystkie strony, i wciąż nie znaleźli sposobu na pozbycie się dręczącego tę trójkę chłodu.
Ani na przebudzenie czwartego.
Ta myśl wciąż tłukła się w jej głowie, kiedy prośbą, groźbą i podstępem walczyła o sowę. Wróciła z nią do namiotu po paru minutach – ptak był po prostu jednym z ministerialnych sów pocztowych, ale chwilowo ciężko było zapewnić coś lepszego. Przeszło jej przez myśl, owszem, że pewnie aurorzy chcieliby napić się czegoś ciepłego, i chętnie spróbowałaby im to zapewnić, ale w tej chwili, skoro sowa była aż tak pilna, a Mavelle najwyraźniej pamiątkę zostawił sam „Voldemort”, uznała, że musi ustalić priorytety.
- Sowa, Patrick – powiedziała, podchodząc do łóżka Stewarda. Wyglądał, jakby spał i może powinna po prostu pozwolić mu jeszcze odpocząć, ale upierał się, że to pilne. Obserwowała go przez moment uważnie, jakby po raz kolejny upewniając się, że nic mu nie dolega. Problem polegał na tym, że zasadniczo żadnemu z nich nic nie dolegało. A jednak z ich ciałami było coś nie tak.
Później, postanowiła. To nie była pora na pytanie. Ani proszenie o próbki krwi i tym podobne.
– To wiadomość do twoich dziadków? Jeżeli nie, spróbuję posłać im wiadomość za jakąś godzinę, dwie, kiedy dowiozą więcej sów – powiedziała zamiast tego, po czym odwróciła się ku Mavelle Bones. Ją mierzyła znacznie surowszym spojrzeniem niż to, którym obdarzyła Stewarda. „Żadnych badań”, co?
- Panno Bones – oświadczyła Florence. Ton miała opanowany. Na razie nie próbowała do niej nawet podchodzić, chociaż cofnęła się o krok od łóżka Patricka. Skoro szeptał adres ptakowi, najwyraźniej nie chciał, aby ktokolwiek usłyszał, dokąd ten ma lecieć. – Czy jakiś klątwołamacz już zbadał panią pod tym kątem? Bo jeżeli nie, to rozumiem, że zamierza pani napisać list do… Voldemorta… - Zawahała się na ułamek sekundy nim użyła tego imienia, bo mimo wszystko Florence nie była wojowniczką, a Mroczny Pan wzbudzał w niej pewną grozę. Zrobiła to jednak, bo bardzo nie lubiła ulegać, a oni stawiali mu czoła tej nocy. Skoro nie bali się zaryzykować życia na tej polanie, ona nie mogła bać się przed nimi użyć jego imienia. – Z uprzejmym zapytaniem, czy klątwa nie będzie postępować i pani nie zabije, nie okaże się zaraźliwa i nie zmusi pani na przykład do uduszenia kogoś we śnie? – wyrecytowała sucho. – Bo w tej chwili mogę powiedzieć tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, ciążące na pani przekleństwo nie jest związane ze stanem, w jakim wszyscy się znaleźliście. Po drugie, to najpotężniejsze zaklęcie, jakie widziałam. Włącznie z takim, które zesłało jednego z moich pacjentów w otchłań wieloletniego snu.
Tamtą klątwę, była pewna, zdołałaby złamać, gdyby tylko dostała przedmiot, za pomocą którego ją rzucono. Tutaj? Nie umiała powiedzieć wiele, póki nie przeprowadzi dokładnych testów, ale była więcej niż pewna, że problem był poważny. I zbadanie Mavelle, zdiagnozowanie objawów oraz ustalenie dokładnych okoliczności były kluczowe, jeżeli w ogóle chcieli myśleć o przełamaniu tej klątwy w przyszłości.
Ani na przebudzenie czwartego.
Ta myśl wciąż tłukła się w jej głowie, kiedy prośbą, groźbą i podstępem walczyła o sowę. Wróciła z nią do namiotu po paru minutach – ptak był po prostu jednym z ministerialnych sów pocztowych, ale chwilowo ciężko było zapewnić coś lepszego. Przeszło jej przez myśl, owszem, że pewnie aurorzy chcieliby napić się czegoś ciepłego, i chętnie spróbowałaby im to zapewnić, ale w tej chwili, skoro sowa była aż tak pilna, a Mavelle najwyraźniej pamiątkę zostawił sam „Voldemort”, uznała, że musi ustalić priorytety.
- Sowa, Patrick – powiedziała, podchodząc do łóżka Stewarda. Wyglądał, jakby spał i może powinna po prostu pozwolić mu jeszcze odpocząć, ale upierał się, że to pilne. Obserwowała go przez moment uważnie, jakby po raz kolejny upewniając się, że nic mu nie dolega. Problem polegał na tym, że zasadniczo żadnemu z nich nic nie dolegało. A jednak z ich ciałami było coś nie tak.
Później, postanowiła. To nie była pora na pytanie. Ani proszenie o próbki krwi i tym podobne.
– To wiadomość do twoich dziadków? Jeżeli nie, spróbuję posłać im wiadomość za jakąś godzinę, dwie, kiedy dowiozą więcej sów – powiedziała zamiast tego, po czym odwróciła się ku Mavelle Bones. Ją mierzyła znacznie surowszym spojrzeniem niż to, którym obdarzyła Stewarda. „Żadnych badań”, co?
- Panno Bones – oświadczyła Florence. Ton miała opanowany. Na razie nie próbowała do niej nawet podchodzić, chociaż cofnęła się o krok od łóżka Patricka. Skoro szeptał adres ptakowi, najwyraźniej nie chciał, aby ktokolwiek usłyszał, dokąd ten ma lecieć. – Czy jakiś klątwołamacz już zbadał panią pod tym kątem? Bo jeżeli nie, to rozumiem, że zamierza pani napisać list do… Voldemorta… - Zawahała się na ułamek sekundy nim użyła tego imienia, bo mimo wszystko Florence nie była wojowniczką, a Mroczny Pan wzbudzał w niej pewną grozę. Zrobiła to jednak, bo bardzo nie lubiła ulegać, a oni stawiali mu czoła tej nocy. Skoro nie bali się zaryzykować życia na tej polanie, ona nie mogła bać się przed nimi użyć jego imienia. – Z uprzejmym zapytaniem, czy klątwa nie będzie postępować i pani nie zabije, nie okaże się zaraźliwa i nie zmusi pani na przykład do uduszenia kogoś we śnie? – wyrecytowała sucho. – Bo w tej chwili mogę powiedzieć tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, ciążące na pani przekleństwo nie jest związane ze stanem, w jakim wszyscy się znaleźliście. Po drugie, to najpotężniejsze zaklęcie, jakie widziałam. Włącznie z takim, które zesłało jednego z moich pacjentów w otchłań wieloletniego snu.
Tamtą klątwę, była pewna, zdołałaby złamać, gdyby tylko dostała przedmiot, za pomocą którego ją rzucono. Tutaj? Nie umiała powiedzieć wiele, póki nie przeprowadzi dokładnych testów, ale była więcej niż pewna, że problem był poważny. I zbadanie Mavelle, zdiagnozowanie objawów oraz ustalenie dokładnych okoliczności były kluczowe, jeżeli w ogóle chcieli myśleć o przełamaniu tej klątwy w przyszłości.