Uśmiech, jaki malował na jej twarzy można było interpretować dwojako. Być może uwierzyła mu, a być może chętnie podroczyłaby się jeszcze, udając że każde jego słowo to bujda, a jej podejrzenia są jak najbardziej słuszne. To, co przeszło jej przez myśl zachowała dla siebie i raczej nic nie sugerowało, by miała się tym z kimkolwiek podzielić.
- Moja przyjaciółka Jackie twierdzi, że błotoryje są całkiem urocze - zauważyła, przypominając sobie zażartą dyskusję z rudowłosą Carrow, która próbowała przekonać Danielle, że to naprawdę przyjacielskie stworzenia, po prostu trzeba w odpowiedni sposób się z nimi obchodzić. - Ale ona ze swoją ręką do magicznych zwierząt oswoiłaby nawet wiwerny - dodała. Trochę zazdrościła tego, że dziewczyna potrafiła porozumiewać się ze zwierzętami, ale była to zdrowa, niezawistna zazdrość. Po prostu podziwiała jej zdolności, wiedząc że sama nigdy nie osiągnie nawet procenta tego, co udało się zdobyć młodszej Carrow.
Słuchała mężczyzny spokojnie, a konsternacja dosyć jasno wymalowana na jej twarzy tylko się pogłębiała. W pewnym momencie uniosła brwi do góry, nieszczególnie kryjąc zaskoczenie. Zamrugała oczami, zupełnie jakby jej powieki były połączone z przewodem słuchowym, a zamruganie miałoby spowodować restart uszu. Może się przesłyszała? Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy mężczyzny utwierdził ją w przekonaniu, że bardzo dobrze wyłapała o co mu chodziło. Rzadko zdarzało się, by mężczyźni rzucali w jej kierunku takimi aluzjami, jeszcze rzadziej je wyłapywała, nawet jeżeli już - natychmiast zduszała w zarodku. Tym razem miało być dokładnie tam samo. Jedna z jej brwi pozostała uniesiona, gdy zmierzyła go wzrokiem.
- A o co innego miałoby mi chodzić, jeżeli nie o urazy oraz kontuzje? Przecież to jeden z najczęstszych powodów wizyty w szpitalu. - odpowiedziała spokojnie, tłumacząc mu łopatologicznie, o czym pomyślała. - Żeby do mnie trafić, musiałbyś stać się ofiarą klątwy lub urazu pozaklęciowego. Czego, rzecz jasna ci nie życzę. Życzenie innym takich wypadków nie jest w moim stylu - dodała. Cisnęło jej się na usta więcej słów - że być może powinien ważyć na słowa, jakie kieruje do obcych kobiet, bowiem którejś zabraknie cierpliwości jaką cechowała się Danny i faktycznie będą musieli spotkać się w gabinecie uzdrowiciela, a złamane kości, zwłaszcza nosa, to raczej bolesny proces gojenia. Wszystko zachowała jednak dla siebie. Nie wydawało jej się to potrzebne, by się rozgadywać.
Kiwnęła głową, jednak nie rozwinęła tematu. Mokradła zdecydowanie nie były miejscem na filozoficzne przemyślenia, co nie oznaczało, że jeżeli mieliby spotkać się w przyszłości, nie poruszyłaby tej kwestii ponownie. Nie pociągnęła również tematu psychofanów, o jakich wspomniał mężczyzna, choć sama sprowadziła rozmowę na takie, a nie inne tory. Jej myśli uparcie krążyły dookoła insynuacji, jaką wysunął Philip. Naprawdę uznał, że chciałaby zaprosić go do gabinetu w celu zgoła innym, niż ten z jakim przeważnie chodzi się do szpitala?
Pokręciła lekko głową. Restaurację o której mówił mężczyzna kojarzył, jednak nie miała okazji tam być. I nie była to kwestia pieniędzy.
- Nie, przeważnie odwiedzam lokale w niemagicznej części Londynu - odpowiedziała. Nie uważała tego za coś, czego powinna się wstydzić. Miejsca, do jakich chodziła nie należały do tych wyszukanych i drogich, bo nie było to kryterium, które brała pod uwagę. W towarzystwie kuzynostwa odkrywała niewielkie kameralne lokale o różnych rodzajach kuchni, często bardzo skromne, jednak z wyjątkowym, ciepłym właścicielem i najpyszniejszym jedzeniem, którego smak pamiętała jeszcze długi czas. Najwyżej uplasowała się jednak włoska knajpka o mikroskopijnym metrażu i wyjątkowym klimacie, prowadzona przez Włocha w niemagicznej części Londynu. Menu znała na pamięć, choć miała wybrane dwie ulubione pozycje, a samo przekroczenie progu lokalu natychmiast przywoływało miłe wspomnienia. Ich miejsce. Lubiła w ten sposób o nim myśleć.
- Dobra robota, panie Philipie. Udało nam się przedostać przez bagno. I to bez towarzystwa błotoryja - zauważyła z lekkim uśmiechem, kiedy dostrzegła światło. Dłoń, w jakiej trzymała różdżkę przeszył specyficzny dreszcz, oznaczający jedno - magia ponownie była w zasięgu ich możliwości. Przyspieszyła nieco, nieznacznie oddalając się od mężczyzny. Na odchodne odwróciła się, pomachała w jego kierunku dłonią zupełnie tak, jakby jego poprzednie słowa jej nie urazyły i z cichym pyknięciem aportowała się do domu.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final