— Emocje, co nie? — zauważył. — Nie wiadomo, co by się stało, gdybyśmy próbowali się z nią dogadać. Może gdyby zobaczyła wianek, to od razu by jej odpierdoliło. Co wtedy byśmy zrobili, skoro byliśmy zamknięci w środku na jej terenie?
Mógł być lekarzem, ale nie był też kompletnym pacyfistą. Były powody, dla których połączył swoją przyszłość z takimi, a nie innymi dziedzinami magii, jednak cenił swoje własne bezpieczeństwo. Tak samo, jak dobro swoich bliskich. Nie im było rozsądzać, czy mogli zachować się lepiej. Kierował nimi instynkt, a jeśli doprowadził ich on do tego, że zostawili zagrożenie za sobą, to nie miał zamiaru na nikogo zrzucać winy za cokolwiek.
Zmrużył oczy, obserwując reakcje Longbottom na ich wyjaśnienia. Eh, to naprawdę nie brzmiało zbyt dobrze, jak tak teraz o tym myślał. Mimo wszystko wolał uświadomić ją o pewnym dosyć istotnym fakcie...
— To ja zostałem ugryziony — zauważył z lekką pretensją, pokazując Brennie odcisk zębów wiedźmy na swojej ręce. W tym momencie należało się skupić na tym, w jakim oni byli stanie, a nie na tej babce, która pewnie dopiero dochodziła do siebie po wydarzeniach w leśnej chacie.
Starał się nie mieć jej za złe tego, że źle zrozumiała, co Nora chciała przekazać. Nawet cierpliwość ich dwójki była mocno nadszarpnięta po ostatnich wydarzeniach, a co tu dopiero mówić o tych, którzy zdecydowali zostać na polanie i na własną rękę doświadczyć chaosu, który się tam rozegrał. Cameron wziął głęboki oddech.
— O-obudziliśmy się w ś-środku lasu, z-z-znaleźliśmy ducha kobiety. Chciała, ż-żebyśmy j-jakoś j-jej pomogli i z-zanieśli wianek do j-jej ukochanego. W-wskazała nam d-drogę do chaty innej b-b-baby, okazało się, że t-t-tamten facet – raczej-nie-do-końca-żywy-ale-też-nie-umarły – był w-więziony przez tą wiedźmę — zaczął opowiadać, a w jego głosie narastała frustracja. Był prawie pewny, że i tak mało co z tego zrozumieją. — N-no i ten wianek t-t-trafił do tego g-g-ościa. Zaczęła działać jakaś magia i to go tak trochę no... dobiło. W-wróciła wiedźma, n-nakryła nas i jeszcze kilka osób, co tam się p-przyplątało i z-z-zaczął się burdel. M-musieliśmy ją obić, żeby u-uciec.
Wbił wyczekujący wzrok w Brennę. Współpracowała z Heather, więc ufał, że brygadzistka była w miarę rozgarnięta i zrozumie cokolwiek z jego paplaniny. Miał nadzieję, że jednak w jej hierarchii priorytetów bezpieczeństwo zaginionych będzie znajdowało się nieco wyżej, niż próba pochwycenia ich, żeby... sprawiedliwość mogła zatriumfować? To oni byli tutaj najbardziej poszkodowani! Kto wie, co ta wiedźma by im zrobiła, gdyby jej nie przywalili?
Wytłumaczenia Longbottom tylko potwierdziły, że kwestia tego, co się przytrafiło wywianym raczej nie zostanie rozwiązana zbyt szybko. Czarny Pan? Śmierciożercy na Beltane? Miał ochotę złapać się za głowę. Przecież... Przecież to nie tak miało wyglądać! To miało być normalne święto. Zwykły festiwal, a nie miejsce jakiejś... kaźni czy magicznego „fenomenu”!
— R-raczej nie — skomentował, mając na myśli grupkę ludzi z chaty, które również próbowały wrócić na polanę. — M-może byli trochę poobijani p-przez w-wwiatr, a-ale p-poza t-tym... P-powinni dojść przynajmniej t-tak daleko jak my.
Skinął głową na pytanie Vince'a. Zmarszczył lekko czoło, nie bardzo wiedząc, jak powinien się odnosić do mężczyzny. Czy też pracował w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów? A może pochodził z Doliny i po prostu wpadł sprawdzić, co się stało i jakoś tak... przyplątał się na czas poszukiwań prowadzonych przez specjalistów?
— T-tak. Dam radę — potwierdził. — J-jak ty się właściwie nazywasz?
Kiedy już byli gotowi do tego, aby udać się w dalszą drogę, Cameron pozostawał raczej z tyłu. Po tych godzinach spędzonych w lesie zaczynał coraz dotkliwiej odczuwać skutki zmęczenia. Kolana zaczynały go boleć, czuł, że ubranie ma przesiąknięte potem, a przede wszystkim robił się coraz bardziej senny. W pewnym momencie Camiś zwolnił kroku i wbił wzrok w okolice pobliskich krzaków.
— O nie — zajęczał, jakby to był koniec świata. — Ja już mam zwidy... N-nora... B-brenna...
To było jedyne logiczne wytłumaczenie tego co widział przed sobą. Na sporym głazie siedziała bowiem sporych rozmiarów kura i gapiła się na niego, przekrzywiając co chwilę ciekawsko łeb. W pewnym momencie, uniosła się, zagdakała przerażająco i... wskoczyła Cameronowi prosto na głowę, wbijając się mocno w kłębki jego włosów.
—AŁA! — wyrzucił z siebie żałośnie, jednak nie odważył się ruszyć. — Ratunku!