02.07.2023, 00:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2023, 00:41 przez Brenna Longbottom.)
Tak oto Brenna została hyżym, wilczym wierzchowcem, który poniósł dzielnego rycerza herbu szopa, ku jego kociej księżniczce.
Oczywiście, gdyby to była bajka, rycerz nie spadłby z rumaka w ten sposób, ale to można było wyciąć.
Longbottom ledwo odnotowała zresztą, co spotkało Vinniego, zbyt skupiona na odnalezionej Norze. Gdy ta zaczęła płakać, odruchowo znów objęła ją ramieniem, a po kolejnych słowach, jakie Figg wyrzucała z siebie, skonfundowana Brenna spojrzała najpierw na Camerona - który szybko przyłączył się do opowieści - a potem na Vincenta. Jakby zastanawiała się, czy coś w lesie nie wywołało w nich halucynacji: Harper mówiła, że w Kniei kryją się... jakieś potwory.
- Wiedźma? Ugryzł ją? - powtórzyła oszołomiona, a jej dłoń odruchowo sięgnęła ku różdżce, spojrzenie powędrowało w stronę, z której przyszli, jakby kobieta spodziewała się, że dostrzeże jakąś pogoń. - Chyba nic z tego nie rozumiem - przyznała, bo układy z duchami, gryzienie przez wiedźmy, patelnie i środek lasu w żaden sposób nie łączyły się dla niej w żadną logiczną historię.
Może w innych okolicznościach roześmiałaby się na uwagę odnośnie swojego wyglądu albo zażartowała jakoś, teraz jednak nie miała ku temu ani nastroju, ani siły.
- Mabel nic nie jest. Zdaje się, że uszkodziło domek za sadem, ale posiadłość stoi - powiedziała. Nie miała jeszcze okazji ocenić rozmiaru zniszczeń, wiedziała tylko, że dom przetrwał i że nikomu w środku nic się nie stało.
Co wydarzyło się na polanie?
Odetchnęła. Nie wątpiła, że usłyszy to pytanie jeszcze nie raz. W końcu nie było wielu tych, którzy zostali tam aż do samego końca. Zostali... i przeżyli. Ale sama wciąż nie była pewna, co tam się wydarzyło. Nie w pełni. Voldemort zdobył moc. Doszło do walk. Zginęło mnóstwo osób. A natura, sądząc po przedziwnych drzewach na polanie, oszalała.
- Voldemort zaatakował - powiedziała, nie dbając o to, że groza tego imienia dla niektórych jest ciężka do zniesienia. Chciał, by nazywać go Czarnym Panem, by bać się wymawiać jego imię: a ona nigdy, nigdy przenigdy, nie zrobi niczego, czego on chciał. - I tak, są ofiary. Zarówno te, które zginęły przez śmierciożerców albo tłum, jak i... przez ten wiatr.
Nie mogła przecież ich oszukiwać i zapewniać, że wszystko jest dobrze. Przekonają się, że to kłamstwo, gdy tylko dotrą z powrotem do Doliny Godryka.
- Nie działa teleportacja. Szukamy osób, które uciekły do lasu - dodała jeszcze. Ciszej. Jakby trochę usprawiedliwiającym tonem. – Ktoś, kogo spotkaliście… jest ranny i może potrzebować szybkiej pomocy?
Bo jeżeli tak, musiała ruszyć ich szukać. Nosiła w końcu mundur Brygadzistki, nawet jeżeli pobrudzony i poszarpany.
Oczywiście, gdyby to była bajka, rycerz nie spadłby z rumaka w ten sposób, ale to można było wyciąć.
Longbottom ledwo odnotowała zresztą, co spotkało Vinniego, zbyt skupiona na odnalezionej Norze. Gdy ta zaczęła płakać, odruchowo znów objęła ją ramieniem, a po kolejnych słowach, jakie Figg wyrzucała z siebie, skonfundowana Brenna spojrzała najpierw na Camerona - który szybko przyłączył się do opowieści - a potem na Vincenta. Jakby zastanawiała się, czy coś w lesie nie wywołało w nich halucynacji: Harper mówiła, że w Kniei kryją się... jakieś potwory.
- Wiedźma? Ugryzł ją? - powtórzyła oszołomiona, a jej dłoń odruchowo sięgnęła ku różdżce, spojrzenie powędrowało w stronę, z której przyszli, jakby kobieta spodziewała się, że dostrzeże jakąś pogoń. - Chyba nic z tego nie rozumiem - przyznała, bo układy z duchami, gryzienie przez wiedźmy, patelnie i środek lasu w żaden sposób nie łączyły się dla niej w żadną logiczną historię.
Może w innych okolicznościach roześmiałaby się na uwagę odnośnie swojego wyglądu albo zażartowała jakoś, teraz jednak nie miała ku temu ani nastroju, ani siły.
- Mabel nic nie jest. Zdaje się, że uszkodziło domek za sadem, ale posiadłość stoi - powiedziała. Nie miała jeszcze okazji ocenić rozmiaru zniszczeń, wiedziała tylko, że dom przetrwał i że nikomu w środku nic się nie stało.
Co wydarzyło się na polanie?
Odetchnęła. Nie wątpiła, że usłyszy to pytanie jeszcze nie raz. W końcu nie było wielu tych, którzy zostali tam aż do samego końca. Zostali... i przeżyli. Ale sama wciąż nie była pewna, co tam się wydarzyło. Nie w pełni. Voldemort zdobył moc. Doszło do walk. Zginęło mnóstwo osób. A natura, sądząc po przedziwnych drzewach na polanie, oszalała.
- Voldemort zaatakował - powiedziała, nie dbając o to, że groza tego imienia dla niektórych jest ciężka do zniesienia. Chciał, by nazywać go Czarnym Panem, by bać się wymawiać jego imię: a ona nigdy, nigdy przenigdy, nie zrobi niczego, czego on chciał. - I tak, są ofiary. Zarówno te, które zginęły przez śmierciożerców albo tłum, jak i... przez ten wiatr.
Nie mogła przecież ich oszukiwać i zapewniać, że wszystko jest dobrze. Przekonają się, że to kłamstwo, gdy tylko dotrą z powrotem do Doliny Godryka.
- Nie działa teleportacja. Szukamy osób, które uciekły do lasu - dodała jeszcze. Ciszej. Jakby trochę usprawiedliwiającym tonem. – Ktoś, kogo spotkaliście… jest ranny i może potrzebować szybkiej pomocy?
Bo jeżeli tak, musiała ruszyć ich szukać. Nosiła w końcu mundur Brygadzistki, nawet jeżeli pobrudzony i poszarpany.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.