01.07.2023, 19:31 ✶
Ulysses miał pobladłą twarz i rozbiegane spojrzenie. Częściowo dlatego, że chociaż zazwyczaj unikał uważnego rozglądania się, idąc przez Polanę Ognisk musiał patrzeć a patrząc musiał zapamiętywać. W poszukiwaniu Danielle, musiał mierzyć się wzrokiem ze zniszczeniami, z dziwacznymi roślinami, które nagle zagościły na polanie ze spaloną ziemią i śladami po walkach, bo chciał dostrzec drobną sylwetkę uzdrowicielki i upewnić się, że była cała. Cała i zdrowa. Chociaż… chociaż czy można było być zdrowym po takich przeżyciach?
A częściowo chodziło o wyrzuty sumienia, o świadomość, że przyłożył się do wszystkiego, co się tutaj wydarzyło. Z daleka, siedząc w domu Cathala w Little Hangleton, mógł sobie wmawiać, że tak trzeba było, ale znajdując się tutaj, na miejscu, nie był już tego wcale taki pewien. Czy jakakolwiek moc była tego warta? I czy roztropne było przekazanie jej w ręce jednego, wyjątkowo potężnego czarnoksiężnika? Czy ojciec na pewno miał rację? Wczoraj Ulysses wiedział, że rozgorzeje tu piekło, ale teraz jego pozostałości widział na własne oczy. Wolał się nie zastanawiać, co zrobiłby, gdyby poinformowano go, że Danielle została zamordowana podczas nocy Beltane. Oddać ją innemu było dużo prościej niż pozwolić jej zginąć za sprawę, która nawet nie była jej sprawą.
Gdy wlókł się tutaj „Błędnym Rycerzem”, Ulysses czepiał się jeszcze myśli, że być może zdążyła uciec przed walką, że wezwano ją tutaj jako uzdrowicielkę, że wczoraj wcale nie była w niebezpieczeństwie. Ale wystarczyło, że wreszcie zobaczył Danielle, by dotarło do niego, że się mylił. Choć z drugiej strony, jak w ogóle mógł pomyśleć, że go posłucha i ucieknie? Nie uciekła podczas Marszu Praw Charłaków. Nie mogła tak po prostu odejść i wczoraj.
Przystanął. Patrzył jak zbliżała się do niego, czując przytłaczające go wyrzuty sumienia i narastającą w środku ulgę. Ale chyba bardziej od rzucenia się na szyję, spodziewał się policzka albo wielu wściekłych ciosów pięściami w brzuch. Zamarł, jakby niezdolny do zrozumienia, co się właśnie działo, a potem sam objął ją rękami w pasie i przyciągnął do siebie.
- B-bałem się, że coś ci się s-stało – wymamrotał, pochylając ku niej głowę, niemal wsadzając nos w jej włosy. W tej chwili nie obchodziło go, czy była brudna, spocona lub skąpana w cudzej krwi. Była żywa, ocalała i tylko to się liczyło. Gładził ją jedną ręką po plecach, drugą dociskając do siebie, jakby obawiał się, że za moment od niego ucieknie. – Nie strasz mnie tak – dodał głupio. – Nigdy więcej mnie tak nie strasz.
A częściowo chodziło o wyrzuty sumienia, o świadomość, że przyłożył się do wszystkiego, co się tutaj wydarzyło. Z daleka, siedząc w domu Cathala w Little Hangleton, mógł sobie wmawiać, że tak trzeba było, ale znajdując się tutaj, na miejscu, nie był już tego wcale taki pewien. Czy jakakolwiek moc była tego warta? I czy roztropne było przekazanie jej w ręce jednego, wyjątkowo potężnego czarnoksiężnika? Czy ojciec na pewno miał rację? Wczoraj Ulysses wiedział, że rozgorzeje tu piekło, ale teraz jego pozostałości widział na własne oczy. Wolał się nie zastanawiać, co zrobiłby, gdyby poinformowano go, że Danielle została zamordowana podczas nocy Beltane. Oddać ją innemu było dużo prościej niż pozwolić jej zginąć za sprawę, która nawet nie była jej sprawą.
Gdy wlókł się tutaj „Błędnym Rycerzem”, Ulysses czepiał się jeszcze myśli, że być może zdążyła uciec przed walką, że wezwano ją tutaj jako uzdrowicielkę, że wczoraj wcale nie była w niebezpieczeństwie. Ale wystarczyło, że wreszcie zobaczył Danielle, by dotarło do niego, że się mylił. Choć z drugiej strony, jak w ogóle mógł pomyśleć, że go posłucha i ucieknie? Nie uciekła podczas Marszu Praw Charłaków. Nie mogła tak po prostu odejść i wczoraj.
Przystanął. Patrzył jak zbliżała się do niego, czując przytłaczające go wyrzuty sumienia i narastającą w środku ulgę. Ale chyba bardziej od rzucenia się na szyję, spodziewał się policzka albo wielu wściekłych ciosów pięściami w brzuch. Zamarł, jakby niezdolny do zrozumienia, co się właśnie działo, a potem sam objął ją rękami w pasie i przyciągnął do siebie.
- B-bałem się, że coś ci się s-stało – wymamrotał, pochylając ku niej głowę, niemal wsadzając nos w jej włosy. W tej chwili nie obchodziło go, czy była brudna, spocona lub skąpana w cudzej krwi. Była żywa, ocalała i tylko to się liczyło. Gładził ją jedną ręką po plecach, drugą dociskając do siebie, jakby obawiał się, że za moment od niego ucieknie. – Nie strasz mnie tak – dodał głupio. – Nigdy więcej mnie tak nie strasz.