11.06.2023, 19:03 ✶
- Cóż, jak to mówią, cel uświęca środki, nawet jeśli wymaga to trochę poświęcenia. - westchnęła w odpowiedzi, bo skoro jej przyjaciółka, która nienawidziła latać równie mocno, co ona, uznała, że najlepsze będą pegazy, to musiało tak po prostu być. Cynthii przez myśl przeszło, że byłoby jej dużo łatwiej, gdyby coś przed podróżą wypiła, dodałoby to odwagi. Musiała się strasznie umęczyć w brzydką pogodę i w trzęsącym się powozie, ciągniętym przez abraksany. - To akurat dobrze o nim świadczy, że przejąłby się Twoim dyskomfortem. - zauważyła z odrobiną zadziorności w zwykle opanowanym i chłodnym głosie, zerkając na nią dwuznacznie. Sauriel miałby wywalone, gdyby mu nie zależało na siedzącej naprzeciw kobiecie, tego akurat blondynka była pewna. Swoją drogą, co to było za zadanie i jak bardzo musieli się śpieszyć, że nie znalazła innego rozwiązania? Nie zamierzała jednak dopytywać, sprawy Ministerstwa musiały pozostać w dużej mierze sekretami.
Sekrety łączyły ludzi, szczerze to wierzyła. Nie była to może najstabilniejsza forma fundamentu do relacji, ale zacieśniała więzy i skoro Tori wiedziała o przypadłości Rookwooda, wszystko zdawało się na dobrej drodze do — nawet jeśli nie wielkiej miłości rodem z książek, to do zrozumienia. Nie było ludzi idealnych, każdy miał wady. Sama Cyna wiedziała, że jest trudnym człowiekiem i dziwiłaby się każdemu, kto próbowałby ją ze sobą oswoić na tyle, aby stworzyć cos wyjątkowego. Sauriel musiał zyskiwać przy bliższym poznaniu, tak sobie wymyśliła, odkąd dowiedziała się o nim i o Tori, bo nie mogło być inaczej. Zresztą, wszystko lepsze od wąchającego kwiatki od spodu Edwarda oraz jej byłego, zakochanego w matce narzeczonego. Już sama nie wiedziała, która trafiła gorzej. Zboczony przygłup czy maminsynek? Jej myśli sprawiły, że uśmiechnęła się krótko pod nosem, kręcąc głową z rozbawieniem. Na szczęście i ku chwale Merlinowi oraz innym, równie Wielkim Czarodziejom, rozdziały z tamtą dwójką miały zamknięte, pewnie przechodziły właśnie próby wymazania ich istnienia z pamięci.
Uczucia nigdy nie były mocną domeną Flintówny. Nie była chyba nigdy zakochana, nie była chyba nigdy poważnie zazdrosna — bo, nawet jeśli pojawiała się w niej jakaś głęboko ukryta, maleńka iskierka, to miała tak opanowaną sztukę kokieterii, że i tak dostawała to, czego chciała. Blondynka nie była jednak frywolna w swoich gierkach, nigdy nie pozwoliło, aby doszło do czegokolwiek, co uznałoby za skrajnie nieprzyzwoite lub skłaniające do małżeństwa. No, może z małym wyjątkiem, ale o tym nigdy nikomu nie powiedziała. Zazdrość jednak z teoretycznego punktu widzenia, nie wydawała się jej czymś złym, a raczej zachęcającym do działania i walki. Jakimś sygnałem, że Ci zależy. Czy jeśli Tori gryzła zazdrość, to czy zależało jej na Rookoowdzie bardziej, niż była tego świadoma? Możliwe.
- To trudny człowiek, ale jest przebiegły i cwany, za mądry na głupiego. Dogadacie się, a jak nie, to jestem pewna, że w jakiś sposób nauczycie się ze sobą żyć, jeśli faktycznie nie znajdziesz rozwiązania i będziesz musiała zostać Panią Rookwood w ciągu roku .- nie były to, może słowa, które chciała usłyszeć, ale Cynthia nie zamierzała opowiadać jej bajek. Mogło nie być prosto uciec z tej relacji, a jeśli nie była gotowa do poświęcenia statusu lub nawet rodziny, do toczenia z matką wojny — nie miała wyjścia. Blondynka też pewnego dnia nie będzie miała, była przekonana, że ojciec już się rozglądał za kimś, kto byłby dla jego córki odpowiedni. Byle nienowe wydanie Edwarda, ulepszone na 1972 rok. Taki był ich los. Ich i w sumie setek dziewcząt, które urodziły się w najbogatszych i najczystszych magicznie rodzinach. Nie było ich stać na niezależność, nawet jeśli była tym, czego chciały.
- Domyślił się, o co Ci chodzi, skoro tyle czasu się do niego nie odzywałaś? - zapytała z nutą zainteresowania w głosie, chociaż nie było w żaden sposób wścibskie. Paznokcie kolejny raz przemknęły po szkle, a ona dopiła zawartość swojego kieliszka, czując przyjemną słodycz w ustach, która niosła ze sobą również orzeźwienie. Ciche mruknięcie uciekło spomiędzy jej warg, gdy słuchała o tym nawiedzonym domu. Nazwisko wymienione przez przyjaciółkę sprawiło, że brwi jej nieco drgnęły. - Może to jego dom i mieszka tam jego widmowa rodzina? Może wszystko ożywa tylko w nocy? Wychodzę z założenia, że bardzo dużo o magii jeszcze nie wiemy, podobnie zresztą o duchach i tym, co mogą, a czego nie mogą robić, gdy decydują się zostać. Nie była to może najprzyjemniejsza przygoda, ale zawsze ciekawe doświadczenia. A rozglądaliście się potem po tej ruderze? Może były tam wymagające pochówku kości i wszystko by ustało?
Nie była to łatwa sprawa, Cynthia niewiele znała się na duchach i nie chciała się wymądrzać, a osobą, która być może faktycznie mogła rzucić trochę światła na podejrzaną sprawę, był Cathal. Tori miała wiedzę i umiejętności, robiła karierę i jeśli na coś się uparła, to z pewnością rozwikła zagadkę tej tajemniczej posiadłości, która omamiła ją oraz Sauriela na całą noc.
- Może tak? Nie wiem, nie znam się. Mówi się, że miłość przychodzi, gdy nikt jej nie zaprasza. Jedna z sekretarek z Departamentu Współpracy Czarodziejów twierdzi, że po dziesięciu latach przyjaźni odkryła, że kocha swojego przyjaciela. Wyobrażasz sobie? - przekręciła głowę na bok z niedowierzaniem, gdy chwilę wcześniej nią pokręciła. Nie była w stanie zrozumieć, dlaczego ta kobieta dochodziła do tego tak długi okres. Nie znała siebie? Dla Cyny było to niezbyt pojęte, podobnie , jak cała ta sprawa z miłością, emocjami, uczuciami i poświęceniem. Wszystko można było przecież udać, podrobić. Skąd miała niby wiedzieć, kiedy fascynacją grą z drugim człowiekiem, układanie jego puzzli, przerodzi się w coś prawdziwego, co powinna złapać rękoma? Przesunęła palcami po jasnych włosach. - A więc musi nas to spotkać, prędzej czy później.
Zdecydowała, a przynajmniej tak wskazywał jej ton, który raczej źle zniósłby jakąkolwiek próbę sprzeciwu, nawet jeśli ta miałaby wychodzić z intencji samego przeznaczenia.
Słowa czarnowłosej sprawiły, że ściągnęła brwi w zamyśleniu, krzyżując ręce pod biustem. Przed oczami pojawił się jej obraz Cathala — jego jasne włosy, błękitne oczy i ten drażniący się z nią uśmiech. - Grobowiec to takie dziwne miejsce na randkę, jeśli dwie osoby fascynuje w pewien sposób śmierć lub też jej przyczyny? - zaczęła z westchnięciem, jednak zaraz twarz jej nieco zmiękła, a ona sama wzruszyła ramionami. - Cathal jest przystojny i wysoki, nie powiem, że nie, ale przede wszystkim cwany i inteligentny. Ciągle ze mną rywalizuje, prowokuje, żeby sprawdzić, jak daleko się posunę. - wyjaśniła może mało rzeczowo, ale nie miała pojęcia, jak lepiej zobrazować jej relację z archeologiem. Nietypową i inną, niż wszystkie, jakie miała. Dobrze się razem bawili, owszem. Było w nim coś intrygującego i Cynthia wiedziała, że on wiedział, że wcale nie jest taka, jaka zwykle mu się pokazywała. Wyciągał z niej powolnie i małymi porcjami szczerość, nie mogła mu tego odmówić. Gdy zapytała o kobietę, machnęła ręką. - Była bogata chyba — tak kojarzę z raportu. Podejrzewam, że dolewali jej czegoś od dłuższego czasu i skoro działało zbyt wolno, zwiększyli dawkę kilkukrotnie i umarła. W sensie jej dzieci lub rodzeństwo pewnie będą to ustalać. Wykorzystali popularne zioło, składnik większości herbatek i eliksirów, ciężko będzie to udowodnić, jako morderstwo.
Nie była to może najprzyjemniejsza sprawa, gdy rodzina zabijała Cię dla pieniędzy, ale kobieta umarła przynajmniej spokojnie, zasypiając i odchodząc we śnie, chociaż Cyna podejrzewała, że gdyby nie wymieszanie trującej rośliny z tabletkami lub też inną formą środków nasennych, pewnie dusiłaby się lub wykręcałoby jej wnętrzności, płuca konkretnie — skazując, na wielogodzinną agonię.
Sekrety łączyły ludzi, szczerze to wierzyła. Nie była to może najstabilniejsza forma fundamentu do relacji, ale zacieśniała więzy i skoro Tori wiedziała o przypadłości Rookwooda, wszystko zdawało się na dobrej drodze do — nawet jeśli nie wielkiej miłości rodem z książek, to do zrozumienia. Nie było ludzi idealnych, każdy miał wady. Sama Cyna wiedziała, że jest trudnym człowiekiem i dziwiłaby się każdemu, kto próbowałby ją ze sobą oswoić na tyle, aby stworzyć cos wyjątkowego. Sauriel musiał zyskiwać przy bliższym poznaniu, tak sobie wymyśliła, odkąd dowiedziała się o nim i o Tori, bo nie mogło być inaczej. Zresztą, wszystko lepsze od wąchającego kwiatki od spodu Edwarda oraz jej byłego, zakochanego w matce narzeczonego. Już sama nie wiedziała, która trafiła gorzej. Zboczony przygłup czy maminsynek? Jej myśli sprawiły, że uśmiechnęła się krótko pod nosem, kręcąc głową z rozbawieniem. Na szczęście i ku chwale Merlinowi oraz innym, równie Wielkim Czarodziejom, rozdziały z tamtą dwójką miały zamknięte, pewnie przechodziły właśnie próby wymazania ich istnienia z pamięci.
Uczucia nigdy nie były mocną domeną Flintówny. Nie była chyba nigdy zakochana, nie była chyba nigdy poważnie zazdrosna — bo, nawet jeśli pojawiała się w niej jakaś głęboko ukryta, maleńka iskierka, to miała tak opanowaną sztukę kokieterii, że i tak dostawała to, czego chciała. Blondynka nie była jednak frywolna w swoich gierkach, nigdy nie pozwoliło, aby doszło do czegokolwiek, co uznałoby za skrajnie nieprzyzwoite lub skłaniające do małżeństwa. No, może z małym wyjątkiem, ale o tym nigdy nikomu nie powiedziała. Zazdrość jednak z teoretycznego punktu widzenia, nie wydawała się jej czymś złym, a raczej zachęcającym do działania i walki. Jakimś sygnałem, że Ci zależy. Czy jeśli Tori gryzła zazdrość, to czy zależało jej na Rookoowdzie bardziej, niż była tego świadoma? Możliwe.
- To trudny człowiek, ale jest przebiegły i cwany, za mądry na głupiego. Dogadacie się, a jak nie, to jestem pewna, że w jakiś sposób nauczycie się ze sobą żyć, jeśli faktycznie nie znajdziesz rozwiązania i będziesz musiała zostać Panią Rookwood w ciągu roku .- nie były to, może słowa, które chciała usłyszeć, ale Cynthia nie zamierzała opowiadać jej bajek. Mogło nie być prosto uciec z tej relacji, a jeśli nie była gotowa do poświęcenia statusu lub nawet rodziny, do toczenia z matką wojny — nie miała wyjścia. Blondynka też pewnego dnia nie będzie miała, była przekonana, że ojciec już się rozglądał za kimś, kto byłby dla jego córki odpowiedni. Byle nienowe wydanie Edwarda, ulepszone na 1972 rok. Taki był ich los. Ich i w sumie setek dziewcząt, które urodziły się w najbogatszych i najczystszych magicznie rodzinach. Nie było ich stać na niezależność, nawet jeśli była tym, czego chciały.
- Domyślił się, o co Ci chodzi, skoro tyle czasu się do niego nie odzywałaś? - zapytała z nutą zainteresowania w głosie, chociaż nie było w żaden sposób wścibskie. Paznokcie kolejny raz przemknęły po szkle, a ona dopiła zawartość swojego kieliszka, czując przyjemną słodycz w ustach, która niosła ze sobą również orzeźwienie. Ciche mruknięcie uciekło spomiędzy jej warg, gdy słuchała o tym nawiedzonym domu. Nazwisko wymienione przez przyjaciółkę sprawiło, że brwi jej nieco drgnęły. - Może to jego dom i mieszka tam jego widmowa rodzina? Może wszystko ożywa tylko w nocy? Wychodzę z założenia, że bardzo dużo o magii jeszcze nie wiemy, podobnie zresztą o duchach i tym, co mogą, a czego nie mogą robić, gdy decydują się zostać. Nie była to może najprzyjemniejsza przygoda, ale zawsze ciekawe doświadczenia. A rozglądaliście się potem po tej ruderze? Może były tam wymagające pochówku kości i wszystko by ustało?
Nie była to łatwa sprawa, Cynthia niewiele znała się na duchach i nie chciała się wymądrzać, a osobą, która być może faktycznie mogła rzucić trochę światła na podejrzaną sprawę, był Cathal. Tori miała wiedzę i umiejętności, robiła karierę i jeśli na coś się uparła, to z pewnością rozwikła zagadkę tej tajemniczej posiadłości, która omamiła ją oraz Sauriela na całą noc.
- Może tak? Nie wiem, nie znam się. Mówi się, że miłość przychodzi, gdy nikt jej nie zaprasza. Jedna z sekretarek z Departamentu Współpracy Czarodziejów twierdzi, że po dziesięciu latach przyjaźni odkryła, że kocha swojego przyjaciela. Wyobrażasz sobie? - przekręciła głowę na bok z niedowierzaniem, gdy chwilę wcześniej nią pokręciła. Nie była w stanie zrozumieć, dlaczego ta kobieta dochodziła do tego tak długi okres. Nie znała siebie? Dla Cyny było to niezbyt pojęte, podobnie , jak cała ta sprawa z miłością, emocjami, uczuciami i poświęceniem. Wszystko można było przecież udać, podrobić. Skąd miała niby wiedzieć, kiedy fascynacją grą z drugim człowiekiem, układanie jego puzzli, przerodzi się w coś prawdziwego, co powinna złapać rękoma? Przesunęła palcami po jasnych włosach. - A więc musi nas to spotkać, prędzej czy później.
Zdecydowała, a przynajmniej tak wskazywał jej ton, który raczej źle zniósłby jakąkolwiek próbę sprzeciwu, nawet jeśli ta miałaby wychodzić z intencji samego przeznaczenia.
Słowa czarnowłosej sprawiły, że ściągnęła brwi w zamyśleniu, krzyżując ręce pod biustem. Przed oczami pojawił się jej obraz Cathala — jego jasne włosy, błękitne oczy i ten drażniący się z nią uśmiech. - Grobowiec to takie dziwne miejsce na randkę, jeśli dwie osoby fascynuje w pewien sposób śmierć lub też jej przyczyny? - zaczęła z westchnięciem, jednak zaraz twarz jej nieco zmiękła, a ona sama wzruszyła ramionami. - Cathal jest przystojny i wysoki, nie powiem, że nie, ale przede wszystkim cwany i inteligentny. Ciągle ze mną rywalizuje, prowokuje, żeby sprawdzić, jak daleko się posunę. - wyjaśniła może mało rzeczowo, ale nie miała pojęcia, jak lepiej zobrazować jej relację z archeologiem. Nietypową i inną, niż wszystkie, jakie miała. Dobrze się razem bawili, owszem. Było w nim coś intrygującego i Cynthia wiedziała, że on wiedział, że wcale nie jest taka, jaka zwykle mu się pokazywała. Wyciągał z niej powolnie i małymi porcjami szczerość, nie mogła mu tego odmówić. Gdy zapytała o kobietę, machnęła ręką. - Była bogata chyba — tak kojarzę z raportu. Podejrzewam, że dolewali jej czegoś od dłuższego czasu i skoro działało zbyt wolno, zwiększyli dawkę kilkukrotnie i umarła. W sensie jej dzieci lub rodzeństwo pewnie będą to ustalać. Wykorzystali popularne zioło, składnik większości herbatek i eliksirów, ciężko będzie to udowodnić, jako morderstwo.
Nie była to może najprzyjemniejsza sprawa, gdy rodzina zabijała Cię dla pieniędzy, ale kobieta umarła przynajmniej spokojnie, zasypiając i odchodząc we śnie, chociaż Cyna podejrzewała, że gdyby nie wymieszanie trującej rośliny z tabletkami lub też inną formą środków nasennych, pewnie dusiłaby się lub wykręcałoby jej wnętrzności, płuca konkretnie — skazując, na wielogodzinną agonię.