— Cóż mogę powiedzieć, to przydatna cecha w zawodzie. — Wzruszył niemrawo ramionami. — Gdy ktoś przychodzi ze skargą lub z donosem, zdarza się, że domaga się też pochwał. „Tak, proszę pana, jesteśmy wdzięczni za spełnienie obywatelskiego obowiązku i doniesienia na wandala, który pomalował fasadę pana sklepu. Nawet jeśli zwyzywał go pan wcześniej od „bezczelnych gnojów, którzy niczego w życiu nie osiągną”, a następnie próbował rzucić uprzykrzający życie czar. Dziękujemy. Z całego serca. — Zaśmiał się krótko. — Skłamałbym mówiąc, że w takich sytuacjach jesteśmy w stu procentach szczerzy, ale w stosunku do ciebie mówię całą prawdę. I tylko prawdę.
Gdy jestem w stanie, pomyślał trzeźwo i poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Kolejne przypomnienie, że wcale nie jest tak szczery, jak mógłby być lub jaki był jeszcze kilka miesięcy temu. Przechodząc jednak do rzeczy istotniejszych... Urlop, nawet krótki, w towarzystwie Elliota był czymś, wokół czego krążyło jego zainteresowanie w ostatnich tygodniach. Przez stres, plany organizacji i Brygady miał poniekąd wrażenie, że tkwi w pułapce, a jedyny moment ucieczki miał miejsce właśnie podczas Beltane. Cokolwiek rozegra się tej nocy, potwierdzi, jaki będzie los i jak ciężkie miesiące ich czekają. A perspektywa odpoczynku u boku blondyna była czymś, co sprawiało, że bardzo chciał sobie wizualizować szczęśliwe zakończenie tej nocy. Oby było im dane to przetrwać.
— To dobrze — stwierdził z zadowoleniem. — Nie powinieneś się zadręczać, a skupić na tym, co ci najlepiej wychodzi. A twoje talenty mogą cię daleko zaprowadzić. — Zamilkł na moment. — Mam nadzieję, że dobrze sobie radzisz ze sterem i węzłami.
Zmarszczył czoło. Faktycznie na aresztowanie o tej porze było za późno, ale kto powiedział, że musiał to robić akurat teraz. Był „panem władzą”. Mógł przeprowadzać czynności służbowe, kiedy tylko mu się podobało. O!
— Mogę wszcząć bardzo skrupulatne śledztwo w sprawie machlojek Departamentu Skarbu — odgryzł się, jakby podświadomie nie chciał pozwolić na to, aby Elliott miał ostatnie słowo w dyskusji. — Gorszy dzień, chęć gwałtownego przyspieszenia śledztwa, a mógłbym cię zaobrączkować i zabrać na przesłuchanie. Może groziłby mi za to wpis do akt, ale twoja mina byłaby niezapomniana. Jak i paru innych osób.
Nachylił się ku niemu, pozwalając sobie na to, aby komentarz blondyna wyciągnął na światło dzienne jego psotny uśmiech. To było niesprawiedliwe. Wprawdzie sam robił niezłą robotę, odciągając go od obowiązków służbowych, gdy akurat wpadał do biura kanclerza, jednak teraz Malfoy dekoncentrował go całym sobą. A to nie przystało, biorąc pod uwagę widmo nie-do-końca-nieuchronnej zagłady, jakie zdawało się unosić nad ich głowami. Więc czemu tak łatwo było ulec pokusie kontynuowania tej rozmowy?
— Raczej nie mam czego sobie gratulować. — Przechylił lekko głowę w bok, mierząc Elliota ciekawskim spojrzeniem. — Może jestem w błędzie, ale nie stawiasz zbyt dużego oporu. Nie uciekasz, nie chowasz się, nie wzywasz pomocy. Prawie jakbyś faktycznie chciał spędzać czas w moim towarzystwie. — Pozwolił mu kontynuować, po czym zasłonił dłonią usta, jakby właśnie uświadomił sobie coś ważnego. — Elliocie Malfoy, czy ty...
Nie zdołał dokończyć pytania z tego samego powodu, z którego jego towarzysz momentalnie zamilkł. Wzrok Erika automatycznie powędrował w dal, ku polanie Beltane, która właśnie zaczęła popadać w chaos. Tu i ówdzie widział przypadkowych gości, którzy na widok pierwszych oznak kłopotów postanowili umknąć w kierunku linii drzew. Wystąpił do przodu, przepychając delikatnie, acz stanowczo Malfoya w tył, aby w razie czego zasłonić go przed niebezpieczeństwem.
— Wiedziałem, że tak będzie — sarknął zaniepokojony, wodząc wzrokiem na prawo i lewo, co by zorientować się w sytuacji. — Nic nigdy nie może pójść według planu. — Odwrócił się do Elliota, a jego napięte rysy twarzy minimalnie zelżały, jakby nawet teraz nie chciał, co by ten niepotrzebnie się martwił. — Musisz stąd iść. Teraz. W Dolinie może być bezpiecznie, ale na twoim miejscu bym nie ryzykował. Za Londyn też nie mogę ręczyć. Najbezpieczniejszy będziesz wśród swoich.
Nie mógł go odeskortować w bezpieczne miejsce. Nie zrobiły tego nawet, gdyby był tutaj tylko jako wysłannik Ministerstwa Magii. Nawet wtedy miałby na głowie zajęcie się główną ewakuacją i odparcie ataku. A teraz, gdy na głowie miał dodatkowe zadania, niezwiązane z obowiązkami służbowymi, tym bardziej musiał się skupić. Już teraz wzdrygał się na samą myśl, że resztę nocy spędzi, zastanawiając się, czy Malfoy zdołał bezpiecznie umknąć. Wyszarpnął różdżkę zza pazuchy, upewniając się, że dalej ma przy sobie otrzymany przed chwilą prezent.
— Znajdę cię, gdy to się skończy — obiecał twardo, zaciskając palce na ramieniu niższego mężczyzny. — Naprawdę. — O ile oczywiście dożyje poranka. — Obiecuje.
Zamarł na moment, walcząc sam ze sobą, żeby nie pociągnąć go w kierunku przeciwnym do całego tego chaosu, który rozgrywał się pośród uczestników uroczystości. Wtedy od strony polany dobiegł ich kolejny przeraźliwy krzyk. To już naprawdę nie wróżyło dobrze.
— Przepraszam ja... — spojrzał na niego błagalnie, mając nadzieję, że Elliott ruszy się jako pierwszy. Naprawdę nie mógł już dłużej czekać, musiał dołączyć do reszty. Do Patricka, Brenny, Heather i innych. Każda chwila zwłoki wiązała się z coraz większym niebezpieczeństwem, którego niestety nie mógł już dłużej ignorować.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞