To był fakt – ostatnie miesiące nie obfitowały w częste spotkania przyjaciółek. Pracy było sporo, więcej niż kiedyś, bo czarnoksiężnicy działali bardziej zorganizowanie i zdecydowanie sprawniej, a do tego wszystkiego Victoria musiała wygospodarować też czas dla przyszłego narzeczonego… Ostatecznie po pierwszych miesiącach niechęci i cichej nadziei na to, że może jednak rodzice wszystko odwołają, Lestrange przywykła do tej myśli na tyle, i poznała swojego przyszłego z tej strony, że przestała kręcić nosem. Nie uskarżała się też – a przynajmniej nie swoim rodzicom, już nie. To, że pomału się dogadywali, nie znaczyło, że było pięknie i idealnie. Ale! To przecież nie był dzień, w którym Victoria musiała zarezerwować sobie czas dla mężczyzny, nie. To był wieczór w pełni dla Cynthii.
Ciemne oczy otworzyły się, kiedy usłyszała przy swoim stoliku ruch większy niż dotychczas, i jej oczom ukazała się blondynka śliczna jak księżyc na bezchmurnym niebie – jej chłodna uroda zdecydowanie się odznaczała. Victoria uśmiechnęła się do niej i wstała, by przytulić ją na powitanie.
- Mmmm, ciebie też dobrze widzieć – odpowiedziała jej na to, całkiem ubawiona. Skłamałaby mówiąc, że po cichu na to nie liczyła – nie na zmartwienie przyjaciółki, lecz na to, że to jaka Flintówna jest, poprawi Victorii humor i rozgoni te ciemne chmury, które nad jej głową się ostatnio zebrały. - Och to jest… w sumie całkiem niezła historia, ale nie ma w niej smoków na szczęście – dodała jeszcze i sama usiadła przy stoliku, a kiedy Cynthia odkładała torebkę, to sięgnęła po swoją, by wyciągnąć z niej niewielkie pudełko, obwiązane mieniącą się magicznie tasiemką, która mogła kojarzyć się z nocnym niebem upstrzonym gwiazdami. Wyciągnęła je do Cyny. - To dla ciebie. Wszystkiego najlepszego, kochana – Victoria nigdy nie była wylewną osobą, ale wierzyła, że Cynthia wie, że choć nie mówiła wiele, to że życzyła jej jak najlepiej. W pudełku znajdowała się piękna ozdoba do włosów, wysadzana diamencikami i ozdobiona innymi kamieniami, z motywem księżyca. Kojarzyło jej się z Cynthią i chciała dać jej coś, co będzie do niej jednocześnie pasować i wiele o niej mówić. Coś na tyle neutralnego, co będzie mogła dopasować do różnych stylizacji. - Jeśli ma cię to uspokoić to wczoraj i dzisiaj spędziłam dużo czasu w latającym powozie – i Cyna i Tori, obie dzieliły ze sobą lęk wysokości, więc wierzyła, że panna Flint zrozumie jej zmęczenie – zaiste duża jego część niestety miała źródło w tym strachu i stresie, zupełnie irracjonalnym, wiedziała to, ale jednak tam był. - Niedawno wróciłam. Jeszcze ze mnie nie zeszło – wytłumaczyła się. Było w tym znacznie więcej i domyślała się, że i Cynthia będzie zdawała sobie z tego sprawę, jednak Lestrange nie kłamała. To naprawdę nie był jej najlepszy dzień i noc, a lot z abraksanem sprawy nie polepszał ani nie wyłagodził.
Kelner musiał zauważyć przybycie Cynthii i wybrał sobie odpowiedni moment na przyjście z tacą i dwoma kolorowymi drinkami.
- Ale co tu o mnie. To twoje święto – sięgnęła do jednego z kieliszków i uniosła go lekko, w niemym toaście. Nie miała pojęcia co dla nich przygotowano, miało być coś ekstra. - Zdrówko, Cyna! – i upiła łyk drinka.