Jej empatia potrafiła być zarówno utrapieniem jak i błogosławieństwem. Była dosyć bystrą obserwatorką (przynajmniej jeżeli chodziło o relacje międzyludzkie), która w trakcie rozmowy niemal w całości poświęcała się drugiej osobie. To pozwoliło jej zrozumieć, że dosyć durne droczenie się, na które ktoś inny mógłby spojrzeć krzywo, dobrze działało na nowopoznanego mężczyznę.
- Może są po prostu uprzejmi i nie chcą sprawiać Ci przykrości..? - zasugerowała łagodnie. Korzystając, że dystans pomiędzy nimi się zmniejszył, w pocieszającym geście położyła dłoń na jego ramieniu. - Ale nie martw się, ja też nie będę wyciągać różdżki przeciwko Tobie. I to nie dlatego, że z jakiegoś powodu jest bezużyteczna i mogłabym co najwyżej dźgnąć cię nią w brzuch - dodała, równie spokojnym tonem głosu. To, że zgrywała się, było niemal jasne jak słońce.
Zmarszczyła lekko brwi, przyglądając mu się badawczo.
Skąd ja go znam…?
-Aha, mówisz tak tylko dlatego, że mnie nie znasz - odpowiedziała. Wcale nie zakładała, że Philowi brakuje cierpliwości. W tym wypadku to w niej był problem. - Co trzeba zrobić, żeby Cię zirytować? Albo inaczej, jakie są rzeczy, które doprowadzają Cię do złości? Poza wylądowaniem na tym bagnie - bo to zdążyła już zauważyć.
Cieszyła się, że mężczyzna nie protestował. To znaczy, gdyby zaprotestował, to w sumie by mu ustąpiła - to, gdzie pójdzie było jej całkowicie obojętne, bo i tak byli zgubieni. Grunt to ruszyć się gdziekolwiek. Potem będzie już z górki, oby.
Bywał w dolinie, jego twarz wydawała się znajoma. Wspomniał też, że dosyć regularnie odwiedzał szpital. Jej głowa skupiła się na Dolinie, że kompletnie nie odnotowała ostatniego, kluczowego faktu.
- Ah, to pewnie widzieliśmy się w Dolinie! Ale nie mieszkasz tam na stałe, prawda? Gdybyś mieszkał, na pewno byśmy się znali. Nie chcę się przechwalać, ale znam tam prawie wszystkich. Chyba, że może faktycznie widzieliśmy się gdzieś na korytarzu Mungo… albo tu i tu…? - doprawdy, zagwozdka. Większa niż to, jakim cudem znaleźli się w takim miejscu i jak z niego do jasnej cholery wyjść.
Lubiła ludzi z aurami, które mieniły się różnymi kolorami. Takie połączenie mogło sugerować niezwykle rozwiniętą, barwną osobowość.
O Zjednoczonych słyszała. Musiałaby chyba żyć pod kamieniem, żeby nie znać tej nazwy. Posłała mu krótkie spojrzenie, a jej brew lekko się uniosła. Przez dłuższą chwilę nie odzywała się, a z wyrazu jej twarzy ciężko było cokolwiek rozszyfrować.
Zgrywał się. Dokładnie tak, jak ona kilka chwil wczesnie.
- Mhm, jasne. To dobrze się składa, bo ja jestem ścigającym w Harpiach. Poza godzinami pracy w Mungo, rzecz jasna. Wiesz, taka forma rozerwania się od pracy- odparła i roześmiała się.
Chyba nie bardzo mu uwierzyła.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final