24.04.2023, 01:34 ✶
Pogoda nie była chłodna czy deszczowa, tak jak w poprzednich dwóch tygodniach. Mimo to, niebo nad wami wydawało się smętne, zachmurzone, nie pozwalające promieniom słońca rzucić choć odrobiny pozytywniejszego światła na sytuację. Tak czy siak, było sucho, ani kropla deszczu nie zmoczyła gruntu. Mając do przeczesania większy teren zdecydowaliście się rozdzielić. Mimo to, Little Hangleton wcale nie należało do największych miejsc, więc przynajmniej mogliście mieć cień pewności, że dość szybko będziecie mogli dotrzeć do siebie w razie, gdyby któreś z was znalazło się w niebezpieczeństwie. Ruszyliście w przeciwnych kierunkach.
Powędrowałeś w stronę centrum miasteczka, najbardziej tętniącym życiem – jeżeli w ogóle cokolwiek tu takie jest – miejscem był pub ‘Wisielec’. Oczywiście nazwa odnosiła się do znajdującego się nieopodal Lasu Wisielców. Pub nie różnił się zbytnio od podobnych miejsc w innych zakątkach Wielkiej Brytanii - szyld zatarty przez dziesiątki ulew i panującą wszędzie wilgoć, skrzypiące na zawiasach drzwi wejściowe i różnokolorowe witraże w oknach, przez które nie można było stwierdzić czy w środku jest tłumnie, czy też spokojnie. Przed pubem stała dwójka mężczyzn, widać było, że są pochłonięci rozmową, chociaż starali się nie mówić zbyt głośno. Dopalali papierosy i mieli w dłoniach szklanki z ciemnym piwem. Jeden z nich miał na sobie wysokie kalosze, umorusane błotem, drugi był odziany w tańszy garnitur w kolorze szarym, na co narzucił zieloną kurtkę, na głowie miał kaszkiet. Zanim zdążyłeś do nich podejść, mężczyzna w kaszkiecie klepnął tego w kaloszach w ramie, zgasił papierosa i wrócił do wnętrza lokalu. Drzwi się za nim zamknęły.
Zostałyście na obrzeżach miasteczka, gdzie znajdowało się więcej budynków mieszkalnych niż sklepów czy innych lokalów. Szukałyście czegoś upiornego i to właśnie znalazłyście. Przed wami piętrzyła się rezydencja, bardziej przypominająca mauzoleum niż dom. Teren był ogrodzony, choć bramka prowadząca do, jak można było się domyślić, głównego wejścia, pozostawała zapraszająco otwarta. Dookoła posiadłości nie było żywego ducha (martwego też nie). Jedynymi odgłosami jakie słyszałyście to skrzypiąca furtka poruszana przez lekki wiatr i ewentualne ptactwo, chociaż ono też zdawało się cichnąć, gdy tylko zbliżałyście się do posiadłości. Co mogło wam się wydać dziwne, w ogródku zasadzone były chryzantemy. Kwiaty nie były w takim samym stanie, jedne z nich definitywnie podumierały, a inne pięły się ku górze ukazując wam znamienitość swoich płatków. Brenna, która wcześniej sprawdziła informacje o rodzinach czarodziejów żyjących w tych stronach, mogła się domyślić, że stoją przed rezydencją Fawleyów. Kto inny sadziłby kwiaty pogrzebowe przed swoim domem?
Patrick
Powędrowałeś w stronę centrum miasteczka, najbardziej tętniącym życiem – jeżeli w ogóle cokolwiek tu takie jest – miejscem był pub ‘Wisielec’. Oczywiście nazwa odnosiła się do znajdującego się nieopodal Lasu Wisielców. Pub nie różnił się zbytnio od podobnych miejsc w innych zakątkach Wielkiej Brytanii - szyld zatarty przez dziesiątki ulew i panującą wszędzie wilgoć, skrzypiące na zawiasach drzwi wejściowe i różnokolorowe witraże w oknach, przez które nie można było stwierdzić czy w środku jest tłumnie, czy też spokojnie. Przed pubem stała dwójka mężczyzn, widać było, że są pochłonięci rozmową, chociaż starali się nie mówić zbyt głośno. Dopalali papierosy i mieli w dłoniach szklanki z ciemnym piwem. Jeden z nich miał na sobie wysokie kalosze, umorusane błotem, drugi był odziany w tańszy garnitur w kolorze szarym, na co narzucił zieloną kurtkę, na głowie miał kaszkiet. Zanim zdążyłeś do nich podejść, mężczyzna w kaszkiecie klepnął tego w kaloszach w ramie, zgasił papierosa i wrócił do wnętrza lokalu. Drzwi się za nim zamknęły.
Mavelle i Brenna
Zostałyście na obrzeżach miasteczka, gdzie znajdowało się więcej budynków mieszkalnych niż sklepów czy innych lokalów. Szukałyście czegoś upiornego i to właśnie znalazłyście. Przed wami piętrzyła się rezydencja, bardziej przypominająca mauzoleum niż dom. Teren był ogrodzony, choć bramka prowadząca do, jak można było się domyślić, głównego wejścia, pozostawała zapraszająco otwarta. Dookoła posiadłości nie było żywego ducha (martwego też nie). Jedynymi odgłosami jakie słyszałyście to skrzypiąca furtka poruszana przez lekki wiatr i ewentualne ptactwo, chociaż ono też zdawało się cichnąć, gdy tylko zbliżałyście się do posiadłości. Co mogło wam się wydać dziwne, w ogródku zasadzone były chryzantemy. Kwiaty nie były w takim samym stanie, jedne z nich definitywnie podumierały, a inne pięły się ku górze ukazując wam znamienitość swoich płatków. Brenna, która wcześniej sprawdziła informacje o rodzinach czarodziejów żyjących w tych stronach, mogła się domyślić, że stoją przed rezydencją Fawleyów. Kto inny sadziłby kwiaty pogrzebowe przed swoim domem?