Panna Yaxley rzadko kiedy odmawiała. Chętnie pracowała nad swoimi umiejętnościami związanymi ze sprawnością fizyczną. Wszak w jej przypadku bardzo istotne było to, aby pozostawała w formie. Musiała nadążyć za potworami, z którymi przyszło jej walczyć. Widać było po niej, że przywiązuje wagę do tego, aby ciało pozostawało w dobrej kondycji. Sport to zdrowie, jak to mówią.
Kiedy więc wdała się w krótką pogawędkę z Brenną, z której wyszło, że i ona chętnie sprawdzi swoje umiejętności związane z fechtunkiem ucieszyła się ogromnie. Nie była to ostatnio szczególnie popularna aktywność wśród czarodziejów, a dobrze było zmierzyć się z kimś choć trochę szybszym od ojca. Stary Gerard był wspaniały w nauczaniu, jednak minęło już trochę lat, a on się trochę postarzał, zdecydowanie czas swojej świetności miał już za sobą. Oczywiście mu o tym nie wspominała, nie chcąc robić Ojcu przykrości, choć miała wrażenie, że zdaje sobie z tego sprawę - trudno byłoby nie zauważyć, że przegrywa każdy pojedynek.
Znalazła się na skraju lasu w Little Hangleton punktualnie. Gerry nie znosiła się spóźniać. Przyleciała tu na miotle - wiosna zachęcała do tego sposobu transportu. Wylądowała tuż przed Brenną, która siedziała na kamieniu. Oparła miotłę o najbliższe drzewo, sama zaś zdjęła plecak, w którym znajdowała się broń. Powitała Longbottom uśmiechem. - Cześć Brenna, czuję, że to będzie dobry dzień. - Jej towarzyszka mogła dostrzec, że Gerry wydaje się być w wyśmienitym humorze. Nadchodząca wiosna, do tego trening na świeżym powietrzu, wszystko temu sprzyjało.
Yaxley wyglądała jak zawsze. Ciężkie, skórzane buty, które sprawdzały się idealnie w bieganiu po lesie. Do tego spodnie, sztruksowe (dzwony) w kolorze bordowym, do tego zielony sweter - nie do końca potrafiła przewidzieć, czy pogoda pozostanie taka piękna przez cały dzień. Na wierzch narzuciła długi, skórzany płaszcz, który sięgał jej niemal do ziemi, widać było, że trochę już przeszedł. Zdjęła go również, aby nie krępował jej ruchów.
- Widzę, że wszystko przygotowałaś. - Odparła, w końcu nie uszło to jej uwadze. Yaxley raczej bardziej znała się z Erikiem, w końcu grali razem w drużynie, później należeli do klubu pojedynków, nie miała jednak problemu z tym, aby teraz zmierzyć się z jego siostra. Każda okazja do treningu wydawała się być dobrą. Miała świadomość, że w świecie czarodziejów jej rodzina odbierana jest raczej w określony sposób, jednak doceniała to, że rodzeństwo Longbottom jej nie skreśla. W sumie mieli ku temu powód - jako jedyna ze swojej rodziny trafiła do domu Godryka Gryffindora, nie kryła się z tym, że ma w nosie poglądy związane z czystością krwi, już w szkole zdarzyło jej się dac w nos niejednej osobie za to, że próbowała znęcać się nad tymi, których uważała za gorszego pochodzenia.
- Zawsze jestem gotowa. - Rzekła zgodnie z prawdą, po czym sięgnęła do plecaka, aby wyciągnąć broń. Zadbała o to, aby wcześniej ją przygotować do tego starcia. Był to koleżeński sparing, nie chciała zrobić krzywdy Brennie. Zdjęła jeszcze gumkę z nadgarstka i związała włosy. Nie chciała, żeby jej przeszkadzały.