Stukot ciężkich, skórzanych butów zwiastował jej przybycie. Gerry nie była delikatna, matka zawsze jej powtarzała, że powinna bardziej dbać o takie szczegóły. Nie przejmowała się tym zbytnio. Pasowało jej prowadzanie się po męsku. Bywała w miejscach, w których raczej nie pojawiały się panny z dobrych domów, nie przeszkadzało jej to jednak. Przyzwyczajona była do męskiego towarzystwa, w końcu od zawsze otaczali ją faceci, zaczęło się od braci, później szkoła, no i w dorosłym życiu - zawód jakim się zajmowała raczej należał do tych, który nie był szczególnie popularny wśród kobiet.
Nim weszła do środka przygasiła jeszcze butem papierosa, którego właśnie skończyła palić. Przyniosła ze sobą zapach tytoniu, lasu, niemalże cały dzień bowiem spędziła w plenerze, miała zlecenie na jad kikimory. Udało jej się jedną złapać, jakimś cudem. Na policzku miała sporą szramę, stworzenie musiało ją delikatnie uszkodzić. Krew już jednak zaschła, Yaxley jednak nie zdążyła dotrzeć do domu zanim się tutaj pojawiła. Ceniła sobie punktualność, wolała więc przyjść nieco nieogarnięta niżeli się spóźnić.
We włosy zplątał jej się jakiś liść, poza tym jednak wyglądała zwyczajnie - ciągle chodziła w tym starym, skórzanym płaszczu, który sięgał niemalże do stóp.
Rozejrzała się po pomieszczeniu, nie wyglądało specjalnie zachęcająco, jednak bywała w gorszych miejscach, nie zraziła się więc wcale. Ruszyła w kierunku kanapy, którą pokazał jej mężczyzna. Zastanawiała się jednak chwilę nad tym, czy faktycznie chce na niej usiąść.
Nie usiadła. Póki co, obserwowała mężczyznę, spoglądała na niego, gdy schylał się za ladą, podeszła bliżej, w końcu miała jego towar. Wyciągnęła niewielkie zwiniątko, w którym znajdowały się smocze pazury. - Mam. - To było pierwsze słowo, które dzisiaj wypowiedziała, zupełnie zignorowała jego propozycję związaną ze skręcaniem. Wyciągnęła rękę z woreczkiem, zatrzymała ją tuż przed twarzą mężczyzny, po chwili jednak szybkim ruchem schowała rękę. - Najpierw zapłata.