10.04.2023, 12:43 ✶
Ulysses zamrugał. Posłał Alanne spojrzenie z ukosa. Zmarszczył brwi, zastanawiając się na ile mówiła o nim lub o nim i Danielle, a na ile chodziło o nią samą. Cały problem polegał na tym, że gdy chodziło o niego samego, właściwie nie wiedział ile ma do powiedzenia; a jeśli chodziło o Danielle to nie miał zielonego pojęcia jakie ona miała zdanie o całej sprawie.
No i dała wianek kuzynowi Carrow, nie żeby w ogóle chciał ten wianek.
- Spokojnie. On tylko pocałował inną – tak, miał świadomość jak zabrzmiało to zdanie. – Może był pijany albo pod wpływem amortencji. – Albo miał dobry powód. Albo byłyście bardzo podobne i nie zauważył różnicy. Albo nie był tym właściwym. Ostatnich trzech myśli nie wypowiedział już na głos.
Ulysses miał raczej nędzne doświadczenie w sprawach doradczych dotyczących cudzych związków czy przyjaźni. Sam usprawiedliwiał innych jeszcze zanim zdołali zrobić coś, co mu się nie spodobało. A im dłużej myślał o Danielle i Samuelu, tym głośniej przypominał sobie, że miała prawo dać wianek komu tylko chciała a on pewnie i tak nie wlazłby na pal.
- Jak spadnie po środku ulicy to nawet lepiej. Zawsze gdzieś blisko jest jakiś blok. Mugolom łatwiej będzie przyjąć, że wyskoczył z okna, niż pojawił się znikąd – zauważył cicho.
Im łatwiejsza do wytłumaczenia sytuacja, tym prościej było zareagować (albo nie zareagować w ogóle) jak w przypadku samobójcy wyskakującego z okna. Tak, pojawią się plotki i teorie spiskowe, ale uderzą raczej we właściciela baru niż w Czarodziejski Świat.
Podniósł się z ławki.
Ostatnie słowa Alanny brzmiały niepokojąco. Ulysses nie wiedział co, ale coś w ich brzmieniu sprawiło, że zrobiło mu się zimno. Chciał odruchowo zaprzeczyć. Powiedzieć, że ojciec z pewnością nie dopuściłby do zabijania czystokrwistych, ale właściwie nie był tego taki pewien. Ojciec kochał Lorda Voldemorta miłością ślepą i posłuszną, dokładnie tym samym rodzajem miłości, którym jego syn darzył go. To, że młody Rookwood widział coś niepokojącego w sytuacji, która miała miejsce podczas Beltane, zaistniało tylko dlatego, że o ile był lojalny wobec rodzica, o tyle Czarny Pan go przerażał. Naprawdę przerażał.
- Chodźmy. Siedzimy już tu za długo – powiedział tylko.
A potem razem z Alanną udali się do punktu aportacyjnego, ale ten nie zadziałał. Ogólnie magia stała się jakaś dziwna, kompletnie niestabilna, wyczarowane na prędce światło najpierw rozgorzało wielkim błyskiem, potem zgasło niespodziewanie.
Coś było nie tak. Coś było bardzo nie tak. I tak zmuszeni byli we dwójkę najpierw włóczyć się na piechotę przez mugolskie ulice Londynu by wrócić do czarodziejskiego świata.
No i dała wianek kuzynowi Carrow, nie żeby w ogóle chciał ten wianek.
- Spokojnie. On tylko pocałował inną – tak, miał świadomość jak zabrzmiało to zdanie. – Może był pijany albo pod wpływem amortencji. – Albo miał dobry powód. Albo byłyście bardzo podobne i nie zauważył różnicy. Albo nie był tym właściwym. Ostatnich trzech myśli nie wypowiedział już na głos.
Ulysses miał raczej nędzne doświadczenie w sprawach doradczych dotyczących cudzych związków czy przyjaźni. Sam usprawiedliwiał innych jeszcze zanim zdołali zrobić coś, co mu się nie spodobało. A im dłużej myślał o Danielle i Samuelu, tym głośniej przypominał sobie, że miała prawo dać wianek komu tylko chciała a on pewnie i tak nie wlazłby na pal.
- Jak spadnie po środku ulicy to nawet lepiej. Zawsze gdzieś blisko jest jakiś blok. Mugolom łatwiej będzie przyjąć, że wyskoczył z okna, niż pojawił się znikąd – zauważył cicho.
Im łatwiejsza do wytłumaczenia sytuacja, tym prościej było zareagować (albo nie zareagować w ogóle) jak w przypadku samobójcy wyskakującego z okna. Tak, pojawią się plotki i teorie spiskowe, ale uderzą raczej we właściciela baru niż w Czarodziejski Świat.
Podniósł się z ławki.
Ostatnie słowa Alanny brzmiały niepokojąco. Ulysses nie wiedział co, ale coś w ich brzmieniu sprawiło, że zrobiło mu się zimno. Chciał odruchowo zaprzeczyć. Powiedzieć, że ojciec z pewnością nie dopuściłby do zabijania czystokrwistych, ale właściwie nie był tego taki pewien. Ojciec kochał Lorda Voldemorta miłością ślepą i posłuszną, dokładnie tym samym rodzajem miłości, którym jego syn darzył go. To, że młody Rookwood widział coś niepokojącego w sytuacji, która miała miejsce podczas Beltane, zaistniało tylko dlatego, że o ile był lojalny wobec rodzica, o tyle Czarny Pan go przerażał. Naprawdę przerażał.
- Chodźmy. Siedzimy już tu za długo – powiedział tylko.
A potem razem z Alanną udali się do punktu aportacyjnego, ale ten nie zadziałał. Ogólnie magia stała się jakaś dziwna, kompletnie niestabilna, wyczarowane na prędce światło najpierw rozgorzało wielkim błyskiem, potem zgasło niespodziewanie.
Coś było nie tak. Coś było bardzo nie tak. I tak zmuszeni byli we dwójkę najpierw włóczyć się na piechotę przez mugolskie ulice Londynu by wrócić do czarodziejskiego świata.
Koniec sesji