08.04.2023, 01:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2023, 11:19 przez Alanna Carrow.)
Tak. Dokładnie tak powinno to wyglądać: drwiny miast empatii. Taka była prawdziwa Alanna i ani chybi nie przepuściłaby okazji do tego, by wskazać palcem i bezlitośnie wyśmiać. Bo mogła.
Bo miała tak nieczułe serce, że nie wiedziała, co oznacza doświadczyć złamanego serca…
… ewentualnie wiedziała aż za dobrze i wytworzyła w ten sposób mechanizm obronny. Jaka była prawda? Clare nie miała w tym przypadku pojęcia – przez rok tkwienia w ciele Carrow nie dotarła do wiedzy na temat uczuć tej rudej jędzy. Zdawała sobie sprawę, owszem, iż ta kogoś miała – zwłaszcza że sama tego kogoś na dobrą sprawę spławiła (i jednocześnie wycisnęła z niego wszystko, co się tylko dało na temat właścicielki ciała…) - ale czy stało za tym jakieś głębsze uczucie?
Szczerze w to wątpiła.
Rada? Ulysses i rada? W sprawach sercowych? Słowa mężczyzny w pokrętny sposób przypomniały, że zrzuciła maskę, jaką powinna była nosić cały czas, w każdej chwili, sekundzie, nawet gdy spała. Ale też jednocześnie bardzo nie chciała ponownie jej nakładać, jak również po prostu nie miała na to sił.
Ten dzień był zbyt długi. I zbyt wiele widziała.
- Obawiam się, że tym przypadku i tak na rady jest już o wiele za późno – odparła cicho, z pewną goryczą w głosie. Rady przydałyby się, gdy jeszcze żyła – choć tak po prawdzie, skoro przez tyle lat nie była w stanie dojrzeć prawdy i odciąć się od rodziców, to zapewne trafiłyby w próżnię. Miała swój czas – i zmarnowała go iście koncertowo.
Zmarnowała dwa życia – nie tylko swoje.
A teraz, gdy wróciła zza Zasłony – nadal pozwalała, by czas przepływał między palcami. Może powinna była… Nie, nie możesz – zganiła się zaraz w duchu. Zbyt duże ryzyko, czy tego chciała czy nie.
Choć to też nie tak, że nie próbowała jednak zbliżyć się do Stewarda, prawda…?
- Ale chyba mogę dać radę tobie - dodała, powoli. Chyba. Czy powinna? Nie byli ze sobą na tyle blisko, ale... och, cóż, to tak bolało, że... ile można to w sobie trzymać? - Jeśli naprawdę ci na niej zależy, jeśli nie jest przesądzone, że kto inny jest jej światem, nie pozostawaj bierny i nie czekaj, aż wszystko samo się zrobi - tu też dało się wyczuć nuty goryczy w głosie kobiety - cóż, wiedziała, co mówi. Bo sama przecież się poddała, nie zawalczyła, tylko uległa woli rodziców, udowadniając, że najważniejsza osoba w jej życiu chyba tak naprawdę nie okazywała się aż tak ważna, jak narzucona powinność. To naprawdę nie tak powinno wyglądać - tylko dlaczego zrozumiała dopiero wtedy, gdy było za późno?
- Być może. Czas pokaże – stwierdziła, odetchnąwszy wpierw głębiej. Nie mogła tego na głos powiedzieć, ale oczywiście nie pragnęła wygranej Voldemorta. Tak samo jak i niezbyt chciała musieć sprzątać – gdyby jeszcze stał za tym jakiś większy sens! Bo jeśli był – to niestety nie potrafiła dopatrzeć się wyraźnej potrzeby, którą dało się uzasadnić, w wykorzystywaniu mugoli w taki sposób.
- Seria samobójstw? Mugol spada, powiedzmy, w środku pola prosto z nieba i to miałoby być samobójstwo? – spytała, marszcząc brwi. Nie do końca potrafiła podążyć za rozumowaniem Ulyssesa. Czemu też zaraz dała wyraz – Wybacz, chyba nie myślę już na tyle jasno, żeby zrozumieć tę myśl – potarła dłonią skroń.
Jeszcze trochę, a chyba zaraz będzie musiała szukać potężnej porcji środków przeciwbólowych – ot, miała już najzwyczajniej w świecie dość, jeśli chodziło o ten dzień. Po prostu dość.
- Bo nie wszyscy popierają Czarnego Pana i mogliby uprzedzić Ministerstwo? Bo zniknięcie wielu czarodziei w podobnym czasie wzbudziłoby podejrzenia? Bo... – zawahała się, urywając niezbyt długą wyliczankę. Na ile mogła sobie pozwolić? Jak bardzo mogła zaryzykować? Czy prawidłowo rozgryzała młodego Rookwooda? - … wszyscy są pionkami w planach Czarnego Pana? – dokończyła w końcu. Właściwie tak to w tej chwili wyglądało. Cel ponad wszystko, a jak się go osiągnęło, to już sprawa drugorzędna, jak widać.
I znaczona gęsto krwią.
Bo miała tak nieczułe serce, że nie wiedziała, co oznacza doświadczyć złamanego serca…
… ewentualnie wiedziała aż za dobrze i wytworzyła w ten sposób mechanizm obronny. Jaka była prawda? Clare nie miała w tym przypadku pojęcia – przez rok tkwienia w ciele Carrow nie dotarła do wiedzy na temat uczuć tej rudej jędzy. Zdawała sobie sprawę, owszem, iż ta kogoś miała – zwłaszcza że sama tego kogoś na dobrą sprawę spławiła (i jednocześnie wycisnęła z niego wszystko, co się tylko dało na temat właścicielki ciała…) - ale czy stało za tym jakieś głębsze uczucie?
Szczerze w to wątpiła.
Rada? Ulysses i rada? W sprawach sercowych? Słowa mężczyzny w pokrętny sposób przypomniały, że zrzuciła maskę, jaką powinna była nosić cały czas, w każdej chwili, sekundzie, nawet gdy spała. Ale też jednocześnie bardzo nie chciała ponownie jej nakładać, jak również po prostu nie miała na to sił.
Ten dzień był zbyt długi. I zbyt wiele widziała.
- Obawiam się, że tym przypadku i tak na rady jest już o wiele za późno – odparła cicho, z pewną goryczą w głosie. Rady przydałyby się, gdy jeszcze żyła – choć tak po prawdzie, skoro przez tyle lat nie była w stanie dojrzeć prawdy i odciąć się od rodziców, to zapewne trafiłyby w próżnię. Miała swój czas – i zmarnowała go iście koncertowo.
Zmarnowała dwa życia – nie tylko swoje.
A teraz, gdy wróciła zza Zasłony – nadal pozwalała, by czas przepływał między palcami. Może powinna była… Nie, nie możesz – zganiła się zaraz w duchu. Zbyt duże ryzyko, czy tego chciała czy nie.
Choć to też nie tak, że nie próbowała jednak zbliżyć się do Stewarda, prawda…?
- Ale chyba mogę dać radę tobie - dodała, powoli. Chyba. Czy powinna? Nie byli ze sobą na tyle blisko, ale... och, cóż, to tak bolało, że... ile można to w sobie trzymać? - Jeśli naprawdę ci na niej zależy, jeśli nie jest przesądzone, że kto inny jest jej światem, nie pozostawaj bierny i nie czekaj, aż wszystko samo się zrobi - tu też dało się wyczuć nuty goryczy w głosie kobiety - cóż, wiedziała, co mówi. Bo sama przecież się poddała, nie zawalczyła, tylko uległa woli rodziców, udowadniając, że najważniejsza osoba w jej życiu chyba tak naprawdę nie okazywała się aż tak ważna, jak narzucona powinność. To naprawdę nie tak powinno wyglądać - tylko dlaczego zrozumiała dopiero wtedy, gdy było za późno?
- Być może. Czas pokaże – stwierdziła, odetchnąwszy wpierw głębiej. Nie mogła tego na głos powiedzieć, ale oczywiście nie pragnęła wygranej Voldemorta. Tak samo jak i niezbyt chciała musieć sprzątać – gdyby jeszcze stał za tym jakiś większy sens! Bo jeśli był – to niestety nie potrafiła dopatrzeć się wyraźnej potrzeby, którą dało się uzasadnić, w wykorzystywaniu mugoli w taki sposób.
- Seria samobójstw? Mugol spada, powiedzmy, w środku pola prosto z nieba i to miałoby być samobójstwo? – spytała, marszcząc brwi. Nie do końca potrafiła podążyć za rozumowaniem Ulyssesa. Czemu też zaraz dała wyraz – Wybacz, chyba nie myślę już na tyle jasno, żeby zrozumieć tę myśl – potarła dłonią skroń.
Jeszcze trochę, a chyba zaraz będzie musiała szukać potężnej porcji środków przeciwbólowych – ot, miała już najzwyczajniej w świecie dość, jeśli chodziło o ten dzień. Po prostu dość.
- Bo nie wszyscy popierają Czarnego Pana i mogliby uprzedzić Ministerstwo? Bo zniknięcie wielu czarodziei w podobnym czasie wzbudziłoby podejrzenia? Bo... – zawahała się, urywając niezbyt długą wyliczankę. Na ile mogła sobie pozwolić? Jak bardzo mogła zaryzykować? Czy prawidłowo rozgryzała młodego Rookwooda? - … wszyscy są pionkami w planach Czarnego Pana? – dokończyła w końcu. Właściwie tak to w tej chwili wyglądało. Cel ponad wszystko, a jak się go osiągnęło, to już sprawa drugorzędna, jak widać.
I znaczona gęsto krwią.