Dolohov zamilkł na dłuższy moment. Jego apodyktyczna natura nie pozwoliła mu skomentować pierwszej wypowiedzi córki uważnym zmierzeniem jej wzrokiem. Jakkolwiek absurdalne to nie było, on naprawdę chciał, żeby Lyssa wyszukała te informacje sama. Odkrył to w sobie przed chwilą, ale uczucie, jakie w nim rozbłysło jarzyło się bardzo silnie - potrzeba uczynienia własnej córki kimś na swój wzór. Nie chodziło mu tutaj co prawda o drogę, ale sposób. Wizja tego, że Trelawney, wprawiony w kwestiach naukowych, miałby wykonać to zadanie za nią, napełniła Dolohova głęboką irytacją. Lyssa powinna przecież zrobić to sama, powinna się tego nauczyć, bo research był koniecznym, najważniejszym wręcz elementem późniejszej pracy naukowej i...
No właśnie, pracy naukowej.
Na początku tak o tym nie myślał, Mulciber objawiła mu się przecież jako artystka, wcale nie myślała o zostaniu badaczką ani nawet asystentką jakiegoś badacza. Może by się z tym pogodził, córka malująca obrazy nie była przecież jakimś pośmiewiskiem, wiele panien z dobrego domu sięgało po sztukę i było to w towarzystwie postrzegane w pozytywnym świetle. Lyssa pokazała mu jednak, że nie musiał wcale uczestniczyć w procesie jej dorastania, aby odziedziczyła jego (no bo czyją inną, na pewno nie jej matki) smykałkę do liczb i znaków. Tak też utarł sobie w głowie, jakoby miała faktycznie pójść w jego ślady. Pędzel mógł stać się przecież jej hobby, nie musiał być jej pracą ani największą pasją...
Półświadomie próbował ją nakierować. Na nieszczęście Lyssy, jeżeli Dolohov zacznie działać w pełni świadomie, to do nakierowania jej zacznie używać silniejszych gestów niż delikatnych, rzuconych w eter sugestii o tym, jak powinien wspomóc ją zatrudniony przez niego asystent.
Kiedy dodała do swojej wypowiedzi to, że i tak chciała udać się do biblioteki, napuszony już Dolohov spuścił gardę. Jakimś cudem nie wybuchł. Kopnął tylko czubkiem idealnie wypastowanego buta jakiś kamyk, który poleciał do przodu odrobinę zbyt daleko jak na uderzenie go czystym przypadkiem. Podobnie jak wcześniej - nic nie powiedział. On - zirytowany absolutnie niczym. Ona - z twarzą wykrzywioną na wspomnienie o swojej rodzicielce. Śmieszne, że tak bardzo mu zależało na tym, aby była do niego podobna, skoro już była do niego podobna. Najbardziej było to widać teraz kiedy skwaszeni na twarzach, pogrążeni gdzieś w ciemniejszych odmętach swoich myśli, wciąż szli obok siebie noga w nogę.
- Nie - odpowiedział od razu. Dopiero po chwili oprzytomniał, bo zorientował się, że nie włączył córki w żadną z ukazanych mu ostatnio wizji. Odchrząknął, nie nie patrząc na nią w ogóle. Zrobił jeszcze kilka kroków i dopiero wtedy odparł wyjaśniająco:
- Widziałem w ostatnich dniach kilka rzeczy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że w Beltane dojdzie do jakiejś anomalii związanej z magią, a przynajmniej z jasnowidzeniem. Najbliższe miesiące spędzimy - celowo użył tego słowa, aby Trelawney zapisał sobie pierwszego maja w kalendarzu jako dzień pracujący - szukając odpowiedzi na pytania, które nurtują mnie od jakiegoś czasu. Przyznam jednak, że to doświadczenie może być dla ciebie inspirujące. Wróć tylko przed zmrokiem, nie siedź tam całą noc, bo możesz się na tym sparzyć. - Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby już z Beltane nie wrócić. Gdyby coś takiego miało mieć miejsce, z pewnością by to wyczuł prawda? Bo chociaż nie powiedział jej tego ani razu i wciąż zachowywał się przy niej bardziej jak enigma niż jak kochający ją ojciec, Dolohov zdążył się do córki przywiązać. Burzyło to obraz drania, jakim był i się tego wcale nie wstydził, ale nie potrafił już wyobrazić sobie świata bez Lyssy i Annaleigh. Gdyby którakolwiek z nich zechciała go teraz zostawić w jakikolwiek sposób, prawdopodobnie szybko by tego pożałowała, bo rozgniewany użyłby wszystkich swoich wpływów do zatrzymania ich przy sobie. Już raz pozwolił komuś odejść - jej matce. I jak to się skończyło? On miałby przeżywać coś takiego znowu?
Po jego trupie.
Wpierw ścisnął swoje usta w wąską linię, później wymusił na nich uśmiech, jakim to zwykł częstować publikę. Był to uśmiech iście teatralny, taki pasujący do kogoś, kto występuje przed tłumem ludzi, a nie taki pasujący do człowieka szczęśliwego z sytuacji, w jakiej się znalazł.
- Skoro i tak się tu nudzisz, to wracajmy. Za kwadrans pora na popołudniową herbatę, a ja wciąż mam do przeczytania ostatni rozdział trzeciego tomu „Szeptów międzyplanetarnych” profesora Binggsa... - Zatrzymał się, spoglądając w bezgwiezdne niebo. Prawdę mówiąc, wolałby chyba udać się tutaj pod wieczór, żeby chociaż przez moment popatrzeć w górę. Na wsiach i w lesie wyglądało o wiele piękniej niż w dużym mieście. Mógłby im nawet, na fali tego momentu, opowiedzieć o konstelacjach, jakie wymyślił jako dziecko. O znaczeniach, które im przypisał w ciemno, o tym jak czasami o nich myślał i wspominał swoje dzieciństwo, czasy kiedy go takie sabaty jeszcze niesamowicie cieszyły. Nie był pewien czy tęsknił za człowiekiem, którym wtedy był. Chyba nie. Był zbyt zachłanny, aby odrzucić to, co udało mu się do tej pory zdobyć, ale...
Życie wydawało się wtedy jakieś takie banalne, ale przy tym lekkie.
- Idziecie?
No właśnie, pracy naukowej.
Na początku tak o tym nie myślał, Mulciber objawiła mu się przecież jako artystka, wcale nie myślała o zostaniu badaczką ani nawet asystentką jakiegoś badacza. Może by się z tym pogodził, córka malująca obrazy nie była przecież jakimś pośmiewiskiem, wiele panien z dobrego domu sięgało po sztukę i było to w towarzystwie postrzegane w pozytywnym świetle. Lyssa pokazała mu jednak, że nie musiał wcale uczestniczyć w procesie jej dorastania, aby odziedziczyła jego (no bo czyją inną, na pewno nie jej matki) smykałkę do liczb i znaków. Tak też utarł sobie w głowie, jakoby miała faktycznie pójść w jego ślady. Pędzel mógł stać się przecież jej hobby, nie musiał być jej pracą ani największą pasją...
Półświadomie próbował ją nakierować. Na nieszczęście Lyssy, jeżeli Dolohov zacznie działać w pełni świadomie, to do nakierowania jej zacznie używać silniejszych gestów niż delikatnych, rzuconych w eter sugestii o tym, jak powinien wspomóc ją zatrudniony przez niego asystent.
Kiedy dodała do swojej wypowiedzi to, że i tak chciała udać się do biblioteki, napuszony już Dolohov spuścił gardę. Jakimś cudem nie wybuchł. Kopnął tylko czubkiem idealnie wypastowanego buta jakiś kamyk, który poleciał do przodu odrobinę zbyt daleko jak na uderzenie go czystym przypadkiem. Podobnie jak wcześniej - nic nie powiedział. On - zirytowany absolutnie niczym. Ona - z twarzą wykrzywioną na wspomnienie o swojej rodzicielce. Śmieszne, że tak bardzo mu zależało na tym, aby była do niego podobna, skoro już była do niego podobna. Najbardziej było to widać teraz kiedy skwaszeni na twarzach, pogrążeni gdzieś w ciemniejszych odmętach swoich myśli, wciąż szli obok siebie noga w nogę.
- Nie - odpowiedział od razu. Dopiero po chwili oprzytomniał, bo zorientował się, że nie włączył córki w żadną z ukazanych mu ostatnio wizji. Odchrząknął, nie nie patrząc na nią w ogóle. Zrobił jeszcze kilka kroków i dopiero wtedy odparł wyjaśniająco:
- Widziałem w ostatnich dniach kilka rzeczy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że w Beltane dojdzie do jakiejś anomalii związanej z magią, a przynajmniej z jasnowidzeniem. Najbliższe miesiące spędzimy - celowo użył tego słowa, aby Trelawney zapisał sobie pierwszego maja w kalendarzu jako dzień pracujący - szukając odpowiedzi na pytania, które nurtują mnie od jakiegoś czasu. Przyznam jednak, że to doświadczenie może być dla ciebie inspirujące. Wróć tylko przed zmrokiem, nie siedź tam całą noc, bo możesz się na tym sparzyć. - Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby już z Beltane nie wrócić. Gdyby coś takiego miało mieć miejsce, z pewnością by to wyczuł prawda? Bo chociaż nie powiedział jej tego ani razu i wciąż zachowywał się przy niej bardziej jak enigma niż jak kochający ją ojciec, Dolohov zdążył się do córki przywiązać. Burzyło to obraz drania, jakim był i się tego wcale nie wstydził, ale nie potrafił już wyobrazić sobie świata bez Lyssy i Annaleigh. Gdyby którakolwiek z nich zechciała go teraz zostawić w jakikolwiek sposób, prawdopodobnie szybko by tego pożałowała, bo rozgniewany użyłby wszystkich swoich wpływów do zatrzymania ich przy sobie. Już raz pozwolił komuś odejść - jej matce. I jak to się skończyło? On miałby przeżywać coś takiego znowu?
Po jego trupie.
Wpierw ścisnął swoje usta w wąską linię, później wymusił na nich uśmiech, jakim to zwykł częstować publikę. Był to uśmiech iście teatralny, taki pasujący do kogoś, kto występuje przed tłumem ludzi, a nie taki pasujący do człowieka szczęśliwego z sytuacji, w jakiej się znalazł.
- Skoro i tak się tu nudzisz, to wracajmy. Za kwadrans pora na popołudniową herbatę, a ja wciąż mam do przeczytania ostatni rozdział trzeciego tomu „Szeptów międzyplanetarnych” profesora Binggsa... - Zatrzymał się, spoglądając w bezgwiezdne niebo. Prawdę mówiąc, wolałby chyba udać się tutaj pod wieczór, żeby chociaż przez moment popatrzeć w górę. Na wsiach i w lesie wyglądało o wiele piękniej niż w dużym mieście. Mógłby im nawet, na fali tego momentu, opowiedzieć o konstelacjach, jakie wymyślił jako dziecko. O znaczeniach, które im przypisał w ciemno, o tym jak czasami o nich myślał i wspominał swoje dzieciństwo, czasy kiedy go takie sabaty jeszcze niesamowicie cieszyły. Nie był pewien czy tęsknił za człowiekiem, którym wtedy był. Chyba nie. Był zbyt zachłanny, aby odrzucić to, co udało mu się do tej pory zdobyć, ale...
Życie wydawało się wtedy jakieś takie banalne, ale przy tym lekkie.
- Idziecie?
Postacie opuszczają sesję
with all due respect, which is none