10.09.2026, 08:04 ✶
No i zjebałem.
Niepojęte, jak skutecznie nieumarłe, pozbawione ciepła dłonie radziły sobie z trzymaniem z dala od Hannibala dreszczu chłodu. Nadszedł dopiero, kiedy go opuściły.
A może to tylko skóra domagała się dotyku.
Hannibal zagłuszył wrażenie szorstkimi, sfrustrowanymi ruchami ręcznika, którym starł resztki Gabriela wody i sztucznej krwi z pleców i ramion. Suchy i lekko zaróżowiony, skręcił się na krześle tak, by móc położyć dłoń na oparciu i oprzeć na jej wierzchu policzek. Wysłuchawszy tyrady hrabiego, spojrzał na niego z odrobinę bezczelnym uśmiechem, który niemal sięgnął oczu.
- W takim razie podejrzewam, że gdyby wiedziała, że zdradzasz postronnym jej wiek, to twój język zapewne też nie byłby bezpieczny. Ale nie martw się, ja umiem dochować tajemnicy - puścił do niego oko, na chwilę stawiając ich w rolach wspólników. Sekret, rzucony między nich lekką ręką, nieznaczący, ale za to również nie pierwszy.
Jesteśmy przyjaciółmi.
Ludzie, którzy mówili te słowa, zwykle przykrywali nimi coś zbyt przerażająco wrażliwego, by nazwać to wprost, albo usiłowali załatać jakiś emocjonalny wrak. Żadne z faktycznych przyjaciół Hannibala nie miało potrzeby składać takich deklaracji.
Odwieczne kłamstwo - hrabia Montbel udowadniał, że tak samo kuszące nawet po setkach (ilu właściwie?) lat nieżycia.
- Takimi, jak z Jonathanem? - wypalił Selwyn, zanim zdążył się powstrzymać. Cień niepewności, który zagościł na twarzy Gabriela był równie satysfakcjonujący, jak głód, jak desperacja wtedy. Może nawet bardziej, bo wyglądał na autentyczny. Nie było szansy ani powodu, by mężczyzna udawał.
Wzrok Hannibala śledził rozmówcę - leniwy, uważny. Nie chodziło tylko o to, że wampir zdążył udowodnić, jak oszałamiająco pstry jest koń, na którym jeździ jego łaska. Było coś jeszcze. Wzmianka o dziewczynie, pardon, kobiecie, wyraźnie zepsuła mu humor. Hannibal nie pamiętał, by podczas ich poprzedniego spotkania padły jakiekolwiek konkrety, ale zdecydowanie nie nazwał przed chwilą tajemniczej damy czyjąś… w odróżnieniu od hrabiego. Kąciki jego ust drgnęły, kiedy sobie to uświadomił. Jak to się nazywało? Freudowska pomyłka? Freudianowska?
Zmienił pozycję tak, by nie skrywać się za oparciem krzesła.
- Nie musimy o niej rozmawiać, jeżeli nie chcesz - powiedział pojednawczo. Nie musimy w ogóle rozmawiać, podpowiedziała jakaś pozbawiona godności część jego. Zignorował ją póki co. Przekrzywił głowę i odgarnął włosy za ucho - Ale jeżeli potrzebujesz kogoś do odbijania pomysłów, to jestem tu.
Nie był aż tak zadufany w sobie, żeby oferować Montbelowi porady sercowe, ale jeżeli wierzyć słowom samego wampira, poprzednim razem całkiem nieźle poszło mu odgrywanie emocjonalnego śmietnika. Może nawet tym razem daliby radę ominąć tę część z groźbami i przemocą?
Niepojęte, jak skutecznie nieumarłe, pozbawione ciepła dłonie radziły sobie z trzymaniem z dala od Hannibala dreszczu chłodu. Nadszedł dopiero, kiedy go opuściły.
A może to tylko skóra domagała się dotyku.
Hannibal zagłuszył wrażenie szorstkimi, sfrustrowanymi ruchami ręcznika, którym starł resztki Gabriela wody i sztucznej krwi z pleców i ramion. Suchy i lekko zaróżowiony, skręcił się na krześle tak, by móc położyć dłoń na oparciu i oprzeć na jej wierzchu policzek. Wysłuchawszy tyrady hrabiego, spojrzał na niego z odrobinę bezczelnym uśmiechem, który niemal sięgnął oczu.
- W takim razie podejrzewam, że gdyby wiedziała, że zdradzasz postronnym jej wiek, to twój język zapewne też nie byłby bezpieczny. Ale nie martw się, ja umiem dochować tajemnicy - puścił do niego oko, na chwilę stawiając ich w rolach wspólników. Sekret, rzucony między nich lekką ręką, nieznaczący, ale za to również nie pierwszy.
Jesteśmy przyjaciółmi.
Ludzie, którzy mówili te słowa, zwykle przykrywali nimi coś zbyt przerażająco wrażliwego, by nazwać to wprost, albo usiłowali załatać jakiś emocjonalny wrak. Żadne z faktycznych przyjaciół Hannibala nie miało potrzeby składać takich deklaracji.
Odwieczne kłamstwo - hrabia Montbel udowadniał, że tak samo kuszące nawet po setkach (ilu właściwie?) lat nieżycia.
- Takimi, jak z Jonathanem? - wypalił Selwyn, zanim zdążył się powstrzymać. Cień niepewności, który zagościł na twarzy Gabriela był równie satysfakcjonujący, jak głód, jak desperacja wtedy. Może nawet bardziej, bo wyglądał na autentyczny. Nie było szansy ani powodu, by mężczyzna udawał.
Wzrok Hannibala śledził rozmówcę - leniwy, uważny. Nie chodziło tylko o to, że wampir zdążył udowodnić, jak oszałamiająco pstry jest koń, na którym jeździ jego łaska. Było coś jeszcze. Wzmianka o dziewczynie, pardon, kobiecie, wyraźnie zepsuła mu humor. Hannibal nie pamiętał, by podczas ich poprzedniego spotkania padły jakiekolwiek konkrety, ale zdecydowanie nie nazwał przed chwilą tajemniczej damy czyjąś… w odróżnieniu od hrabiego. Kąciki jego ust drgnęły, kiedy sobie to uświadomił. Jak to się nazywało? Freudowska pomyłka? Freudianowska?
Zmienił pozycję tak, by nie skrywać się za oparciem krzesła.
- Nie musimy o niej rozmawiać, jeżeli nie chcesz - powiedział pojednawczo. Nie musimy w ogóle rozmawiać, podpowiedziała jakaś pozbawiona godności część jego. Zignorował ją póki co. Przekrzywił głowę i odgarnął włosy za ucho - Ale jeżeli potrzebujesz kogoś do odbijania pomysłów, to jestem tu.
Nie był aż tak zadufany w sobie, żeby oferować Montbelowi porady sercowe, ale jeżeli wierzyć słowom samego wampira, poprzednim razem całkiem nieźle poszło mu odgrywanie emocjonalnego śmietnika. Może nawet tym razem daliby radę ominąć tę część z groźbami i przemocą?